Log in

„Śladami przeszłości“ – pokaz filmu i dyskusja

W dniu 09.09.2021 odbyło się pierwsze spotkanie z twórcami i aktorami filmu "Śladami przeszłości. Obozy pracy na Górnym Śląsku po II wojnie światowej", wyprodukowanego przez media Związku Niemieckich Towarzystw Społeczno-Kulturalnych w Polsce. Był to pierwszy publiczny pokaz filmu przy udziale publiczności; po projekcji nastąpiła dyskusja. Jako stowarzyszenie dziękujemy dyrektorowi muzeum i pracownikom za zaangażowanie i możliwość zorganizowania takiego spotkania w mieście, o którym mowa w filmie. Dziękujemy również Panu Dawidowi Smolorzowi, Markowi Dworaczykowi oraz wszystkim gościom, którzy aktywnie uczestniczyli w dyskusji.

"Auf den Spuren der Vergangenheit" - Aufführung des Filmes / "Śladami przeszłości" - pokaz filmu "Auf den Spuren der Vergangenheit" - Aufführung des Filmes / "Śladami przeszłości" - pokaz filmu  "Auf den Spuren der Vergangenheit" - Aufführung des Filmes / "Śladami przeszłości" - pokaz filmu

Jednocześnie zapraszamy na kolejny pokaz filmu, który odbędzie się 21.10.2021 r. o godz. 17.00 w Bytomiu/Stolarzowcach. Zapraszamy członków lokalnej mniejszości niemieckiej jak i wszystkich zainteresowanych tym tematem. Z uwagi na pandemię uprzejmie prosimy o zachowanie środków ostrożności. Podczas wydarzenia obowiązywać będzie obowiązek noszenia maseczek.

"Auf den Spuren der Vergangenheit" - Einladung / "Śladami przeszłości" - zaproszenie

Premiera filmu w formie online odbyła się 31 stycznia 2021, w Dniu Tragedii Górnośląskiej. Więcej informacji na temat produkcji i bezpośredni link do filmu można znaleźć TUTAJ

Trwajmy przy swojej tożsamości

Jest taka wieś w Dobrudży, nad deltą Dunaju, którą założyli Niemcy w 1840 r. Nazywała się Malkotsch. Dzisiaj nazywa się Malcoci i nie ma w niej ani jednego Niemca. Po założycielach pozostały resztki kościoła, szkoła i kilka budynków zajmowanych przez obecnych mieszkańców.

W XIX w. było to Imperium Osmańskie, które katolickim Niemcom z rosyjskiej Bessarabii zapewniło zaspokojenie głodu ziemi, wolność religijną i zwolnienie od służby wojskowej. Właściwie opuścili oni Rosję wtedy, gdy kolejny car nakazał niemieckim osadnikom służbę wojskową, jak wszystkim swoim poddanym. Kościół i niemiecka szkoła stały się na pokolenia zwornikiem tożsamości. Oprócz Malkotsch założyli szereg innych wiosek czy ich części. W Turcji, czy później już w Rumunii, Niemcy w zgodzie sąsiadowali z: Turkami, Tatarami, Bułgarami, Rosjanami, Rumunami, gdzie obok kopuł cerkwi stoi minaret i strzelista wieża kościoła.

Tak żyli do 1940 r., gdy w ramach akcji „Heim ins Reich” zostali w całości wysiedleni w rejon Poznania i osadzeni w gospodarstwach wcześniej odebranych Polakom. W 1840 r. przybyło do Dobrudży 25 rodzin, a po stu latach przesiedlenie objęło 1100 osób. W 1945 r. ucieczka przed frontem zawiodła ich na teren obecnych Niemiec. W Malkotsch/Malcoci mogłem zobaczyć już tylko ściany kościoła bez dachu, wieżę kościelną ze zwalonym krzyżem i kilka rzuconych na kupkę niemieckich nagrobków, a pomiędzy bramą a wejściem do kościoła, w którym wisi połowa drzwi, czyjaś ręka uparcie sadzi z dwóch stron kwiaty, jakby chcąc zachować zarys alejki. Na wieży mieszkają gołębie jak symbole Ducha Świętego.

Szkoła wiejska nadal służy dzieciom, we współczesnym Malcoci znalazła zastosowanie, a katolicki kościół bez katolików je zatracił. Nieopodal wyrasta bowiem spośród dachów wysoka cerkiew, ponieważ dzisiaj wieś jest prawosławna. Oto, jak łatwo znika społeczność, a wtedy także wszelkie po niej ślady. Tam w Malkotsch zmiótł ją kataklizm wojny i w tym punkcie ruiny kościoła w Dobrudży przypominają ruiny i opuszczone cmentarze Śląska, Pomorza, Warmii czy Mazur. Porównanie to pokazuje, że gdy społeczność niemiecka nie trwa przy swojej tożsamości, to zastępuje ją inna. Pamiętajmy o tym przy spisie powszechnym, który jeszcze trwa.

Bernard Gaida

  • Dział: Blogi

Śmierć za piosenkę

Wczoraj (27 czerwca) w Bytomiu odbyła się premiera filmu „Beuthen 1945. Tragiczne dzieciństwo na Górnym Śląsku”. Film zrealizowany przez DFK Beuthen jest w istocie zapisem rozmów ze świadkami czasu, którzy w 1945 r. byli dziećmi w różnym wieku – od niecałego roku po 14 lat. Dzięki wieloletnim staraniom o upublicznienie historii przez dziesięciolecia skrywanej wiemy już (chociaż ciągle poza szkolnymi podręcznikami) o obozach powojennych dla Niemców, deportacjach do ZSRR, tysiącach zgwałconych kobiet, szabrownikach… a jednak ciągle w różnych relacjach pojawiają się wydarzenia, które temu zbrodniczemu czasowi pokoju po wojnie nadają jakby nowego rysu.

W jednej z podbytomskich wiosek odbywała się zabawa, na której młodzieńcy w najweselszym jej momencie zaśpiewali znaną niemiecką piosenkę „Schön ist die Jugend” (Piękna jest młodość). Wtedy wydarzenia potoczyły się błyskawicznie. Ktoś zadenuncjował ich na milicję, ta przyjechała, ale szybko musiała się wycofać na widok siły tłumu mieszkańców obecnych na zabawie. Niestety do jednego z młodych chłopców z zabawy milicjanci zajechali w nocy i zabrali go na posterunek, gdzie po wielu godzinach tortur – zabili. Po kilku dniach jego obstawiony siłami milicyjnymi pogrzeb przerodził się w manifestację nieprzebranego tłumu, który żegnając na cmentarzu opuszczaną trumnę młodzieńca, zaśpiewał „Schön ist die Jugend”. Piosenkę, która nie tylko zakończyła jego młodość, ale całe życie.

Ciarki przeszły mi po plecach, gdy usłyszałem tę relację w bytomskim filmie. A to sprawia, że ciągle mamy obowiązek takie relacje gromadzić. To przekonanie umocnił we mnie pobyt w berlińskim Centrum Dokumentacyjnym „Ucieczka, Wypędzenia, Pojednanie”, w którym nawet jeśli takie relacje są zgromadzone w wywiadach zarejestrowanych i tam zdeponowanych, to na samą wystawę nie trafiły. A skoro nie, to nadal pozostają w ukryciu, dostępne naukowcom, pasjonatom, ale nie powszechnej opinii. Czas mija i trzeba je zbierać.

Ale uderzyło w tych relacjach jeszcze jedno. Większość zarejestrowana jest po polsku, po śląsku… ale ze wszystkich bije autentyczna niemiecka tożsamość górnośląska. Ta nierozerwalna więź, która ma dzisiaj pośród Ślązaków tylu oponentów, w tych relacjach jawi się tak naturalna jak powietrze.

A na zakończenie… Piosenka, która młodego Ślązaka kosztowała życie, powstała około 1820 r. gdzieś na pograniczu Hesji i Turyngii, ale śpiewa się ją w całym niemieckim kręgu kulturowym. Także na Śląsku, Pomorzu, Warmii czy Mazurach. Także dziś.

Bernard Gaida

  • Dział: Blogi

"Hier durften wir bleiben / Tutaj możecie sobie mieszkać" – publikacja pokonferencyjna

„Wojna pokazała, że cierpienie i ból dotknęły ludzi wszystkich narodowości i pamięć o tym nie może nikogo wykluczać.” Te słowa znalazły się w Rezolucji upamiętniającej 80 rocznicę wybuchu II wojny światowej Rady Związku Niemieckich Stowarzyszeń Społeczno-Kulturalnych w Polsce. Słowa te przyświecały Związkowi także przez cały rok 2020, który z kolei był związany z 75 rocznicą zakończenia tej wojny." *

Na rok 2020 Związek Niemieckich Stowarzyszeń Społeczno-Kulturalnych w Polsce zaplanował szereg wydarzeń, mających upamiętnić tragedię ludności niemieckiej w całej powojennej Polsce. Ze względu na pandemię większości z nich nie udało się zrealizować. Odbyła się jednak konferencja na Górze Św. Anny, poświęcona szeroko pojętej tematyce losu niemieckiej ludności w powojennej Polsce. Trwałym śladem konferencji jest publikacja "Hier durften wir bleiben / Tutaj możecie sobie mieszkać", zawierająca wygłoszone przez referentów teksty.

We wstępie czytamy: 

Konferencja była zorganizowana z szerokim spojrzeniem na definicję tej tragedii. Poszerzała ona tę definicję nie tylko w zakresie terytorialnym, ale także rzeczowym. Referenci zajmowali się nie tylko dramatem kilku lat powojennych czyli obozami dla Niemców, deportacjami i wypędzeniami. W treści wielu wykładów zajmowano się także walką polityczną i kulturową z niemieckością, która trwała oficjalnie do 1989/90 roku. Była to walka z językiem, kulturą, dziedzictwem kulturowym, przekazem historycznym, która miała na celu wynarodowienie i zmianę tożsamości. Krótko mówiąc zajmowano się procesem dyskryminacji Niemców na Śląsku, Pomorzu, Warmii i Mazurach. Starano się zwracać uwagę na skutki owych procesów, które często trwają do dnia dzisiejszego. 

Publikacja dostępna jest w siedzibie VdG w Opolu. W celu otrzymania egzemplarza zapraszamy do kontaktu; możliwa jest również wysyłka pocztą. 

Zachęcamy do lektury jednego z tekstów: 

 "Hier durften wir bleiben / Tutaj możecie sobie mieszkać" – publikacja pokonferencyjna

"Hier durften wir bleiben / Tutaj możecie sobie mieszkać" – publikacja pokonferencyjna

Wydawca: Związek Niemieckich Stowarzyszeń Społeczno-Kulturalnych w Polsce
Koordynacja projektu, redakcja: Monika Wittek
Tłumaczenie: Waldemar Gielzok, Piotr Żwak
Finansowanie: Konsulat Republiki Federalnej Niemiec w Opolu
Ministerstwo Spraw Wewnętrznych i Administracji w Warszawie

  • Dział: VdG

"Czego dziś pragną niemieccy gdańszczanie?" - powojenne losy Gdańskiej Mniejszości Niemieckiej

Na przestrzeni wieków Gdańsk był świadkiem istotnych z punktu widzenia historii Europy wydarzeń. Przez wieki wielokulturowe miasto cieszyło się statusem miasta wolnego, w XX wieku nie zostały mu jednak oszczędzone tragiczne wydarzenia okresu nacjonalizmu i wojny oraz wielkie migracje czasów powojennych.

Zapraszamy do lektury eseju przewodniczącego Gdańskiej Mniejszości Niemieckiej, Krzysztofa Jachimowicza, w sugestywny sposób przybliżającego losy niemieckich mieszkańców Gdańska i ich starania o zorganizowanie się w powojennej Polsce.

Ponad tysiącletnie hanzeatyckie miasto Gdańsk, ojczyzna Niemców, Polaków, Kaszubów i od czasu przynależności do Prus licznych Żydów, a od okresu Cesarstwa Niemieckiego handlowa metropolia nad Bałtykiem, od XV do XVIII wieku należąca do Korony polskich królów, posiadała wiele swobód: własną flotę, prawo mennicze oraz armię. Później, już w Prusach, było to miasto garnizonowe, a po Traktacie wersalskim z 1920 roku Gdańsk ogłoszony został wolnym miastem. Językiem urzędowym był język wysokoniemiecki (Hochdeutsch), a językiem powszechnie używanym − podobnie, jak w sąsiednim Królewcu − dolnoniemiecki (Plattdeutsch). W 1939 roku miasto zostało zaanektowane przez Trzecią Rzeszę. Lecz większość Gdańszczan, jako kupcy i mieszczańscy konserwatyści, politykę narodowego socjalizmu postrzegała jako sobie obcą. Jednak „wielka polityka” nie bawi się w niuanse, ona czyni dokonane fakty i to często przemocą. Potem Trzecia Rzesza została rozbita zjednoczonymi siłami Aliantów. Nad Gdańskiem przetoczyła się burza ognia, kładąca prawie całe miasto w gruzy. To, co stare, zostało unicestwione: niemieckie napisy usunięto, gdzie tylko się dało. Dawne hanzeatyckie miasto było teraz polskim miastem wojewódzkim – Gdańskiem. W podręczniku do geografii z 1947 roku czytamy: „do końca 1947 roku ostatni Niemiec opuści Rzeczpospolitą Polską”. Każdy, kto posiadał obywatelstwo Rzeszy Niemieckiej lub Wolnego Miasta Gdańska, musiał się zarejestrować i wpisywany był na listę do „wysiedlenia”, czyli wypędzenia. Można było co prawda ten status „reklamować” twierdząc, że posiada się polskich przodków, ale kto mógł tego dowieść? I tak stało się to, co dziś znamy z Syrii, a wcześniej z Macedonii i Kosowa − masowe wysiedlenia.

Można sobie wyobrazić spalony Dworzec Główny w Gdańsku lub dworzec towarowy we Wrzeszczu późnym latem 1945 roku. Tę scenę ujrzymy w ekranizacji „Blaszanego Bębenka” Güntera Grassa. Widać tłum wygłodzonych ludzi. Ich odzież nosi jeszcze ślady dawnej mieszczańskiej świetności. Czekają oni na pociąg towarowy na Zachód, do Hamburga, do Bremen albo do Lubeki. Dzieci płaczą. Pociąg nadjeżdża i rozbrzmiewa stara pieśń „Żegnaj, mój ukochany ojczysty kraju” (Nun ade mein liebes Heimatland). Wypędzeni Gdańszczanie powoli wsiadają.

W tym samym czasie przyjeżdża pociąg wyładowany podobnymi postaciami. Są to wypędzeni ze swoich wschodnich terenów Polacy. Spotkał ich ten sam los. Te dwie masy ludzkie spotykają się; jedni jadą do obcej ziemi, na Zachód, opuszczając swoją odziedziczoną często od pokoleń ojczyznę; drudzy, którym zabrano ich odwieczną ojczyznę, lądują tutaj, na obcej ziemi. Przybywają do krainy o księżycowym krajobrazie, aby zająć mieszkania swoich poprzedników − zupełnie tak samo, jak ich mieszkania zajmą inni wypędzeni, w tym przypadku z głębi Związku Radzieckiego.

Nie wszystkich Gdańszczan wypędzono. Zatrzymano tych, którzy byli niezbędni dla funkcjonowania portu, żeglugi, przemysłu stoczniowego i rybołówstwa. Polacy nie mieli prawie zupełnie wykwalifikowanych kadr w tych dziedzinach, a socjalistyczna gospodarka potrzebowała tak szybko, jak to możliwe, zacząć osiągać sukcesy. Pozostali w ojczyźnie Niemcy uczestniczyli w odbudowie związanych z morzem, polskich już zakładów przemysłowych. Spośród około pół miliona pozostałych w regionie Niemców zatrzymano około sześć tysięcy. Ludzie byli przymusowo polonizowani. Z Hansa robiono Jana, z Waltraud − Walentynę, ze Stephanie − Stanisławę, ale przez to nikt nie stał się Polakiem. Ludzie ci założyli rodziny, urodziły im się dzieci, a gdy umożliwiono im wszystkim wyjazd, tylko nieliczni zdecydowali się na opuszczenie swojej małej ojczyzny. Zapuścili oni na nowo korzenie. Stąd też jest tu mniejszość niemiecka.

Kilka lat później. Boczna uliczka w Danzig-Langfuhr, który od 1945 roku nazywa się Gdańsk-Wrzeszcz. Secesyjne budynki dominują krajobraz. Tutaj nie spadały bomby. Jest wieczór. Wzdłuż ulicy przemykają postacie. Znikają w jednym z domów. Odbywa się właśnie spotkanie starych przyjaciół i znajomych. Wreszcie można bez problemu rozmawiać ze sobą po niemiecku i śpiewać niemieckie pieśni. W przestrzeni publicznej jest to zakazane. Nawet ze starymi przyjaciółmi trzeba porozumiewać się nieporadną polszczyzną. Zdarzało się też czasami, że na takich spotkaniach zjawiali się „smutni panowie” z Urzędu Bezpieczeństwa Publicznego i trzeba było długo tłumaczyć, że chodzi tutaj jedynie o urodziny, rocznicę ślubu czy też chrzest. Czasami uczestnicy musieli spędzić noc w areszcie, zanim sprawa została wyjaśniona. Nie byli to jednak tylko dawni obywatele wolnego miasta. Do Gdańska przyjechało też wielu pozostałych w ojczyźnie Niemców z sąsiednich regionów: z Pomorza, Mazur czy Warmii, szukając pracy w wielkim centrum przemysłowym. Nawiązywano ze sobą kontakty. Ten sam język, tożsamość oraz przeżycia zawsze odnajdą drogi, gdzie się tylko da.

Trzeci obraz: po przełomie 1989 roku. Komunistyczny reżim rozpadł się na tysiąc kawałków. Nastała wolność. W polskim Sejmie uchwalono nową ustawę o stowarzyszeniach. Lecz to była jeszcze długa droga, zanim mniejszość niemiecka w Gdańsku została uznana przez odpowiedni sąd. Był wtedy rok 1991.

Dzisiaj. Pokolenie przedwojenne odchodzi powoli swoją drogą ku wieczności − takie są prawa natury. Po rozpadzie mniejszości niemieckiej w Gdańsku i po wykluczeniu jej dawnego przewodniczącego pozostali w ojczyźnie niemieccy Gdańszczanie zorganizowali się na nowo.

Na 51. Zebraniu Delegatów Niemieckich Stowarzyszeń Społeczno-Kulturalnych w Polsce, na Górze św. Anny na Górnym Śląsku, odbudowana Gdańska Mniejszość Niemiecka została przyjęta do struktur Związku Niemieckich Stowarzyszeń Społeczno-Kulturalnych w Polsce. Dziś, pomimo ciężkich czasów, jest nas prawie 100 członków. Mamy wiele kontaktów, współpartnerów i wszędzie witani jesteśmy jako przyjaciele. Jesteśmy aktywni.

Członkami u nas są, a zawdzięczamy to naszej historii, nie tylko potomkowie, lub nawet oryginalni obywatele wolnego miasta, ale także mieszkańcy dawnych Prus Wschodnich i Pomorza. Granice zawsze były wymyślane przez ludzi, choć Stwórca uczynił świat pozbawionym granic. Lecz czego dziś pragną niemieccy Gdańszczanie? Tego samego, co wszyscy ludzie każdego koloru skóry: aby żyć bez trwogi, pracować, cieszyć się, a po spełnionym życiu się zestarzeć.

Krzysztof Jachimowicz

 

Refleksje majowe

Za nami nabrzmiały rocznicami i obchodami tydzień. O obchodach rocznicy wybuchu III powstania napisano już dużo. Majowe dni to także kolejna rocznica zakończenia II wojny światowej. Tylko kilka dni dzieli te rocznice i kiedy nad bliskością tych dat się zastanawiałem, pojąłem, jak tragiczne było pokolenie moich pradziadków, którzy świadomie przeżyli dwie wojny światowe, ale także tutaj, na Śląsku, doświadczyli ich tragicznych skutków. Jakoś zawsze zwycięzcy byli daleko, w Paryżu, Warszawie czy Moskwie, a tragiczne skutki ich zwycięstw dotykały zwykłych ludzi tutaj, na śląskiej ziemi.

Bo przecież wybuch III powstania nierozerwalnie związany jest z traktatem wersalskim, któremu niezbyt skutecznie udało się zaprowadzić pokój w Europie, skoro już dwa lata po jego podpisaniu stało się ono faktem. Dziś wiemy, że połączone interesy Polski i Francji stały się jego pożywką, ale jeszcze bardziej słabość tego traktatu pokazuje to, że już 20 lat później toczyła się w Europie jeszcze straszniejsza wojna.

Na Śląsku ani jedna, ani druga nie skończyła się pokojem, jedna i druga przesuwała granice, jedna i druga zmusiła najpierw setki tysięcy, a potem już miliony ludzi do ucieczki, przesiedleń i skończyła się traumą wypędzonych. Propagandowo głoszone hasła o wyzwoleniu brzmią więc tutaj fałszywym dźwiękiem.

Ale te myśli ułatwiają mi spojrzenie na inne, czasem bagatelizowane i zapominane, obchody majowe. Kto pamięta, że 5 maja 1949 roku powstała Rada Europy, a 9 maja 1950 roku Robert Schumann, ówczesny minister spraw zagranicznych Francji, w Paryżu wygłosił deklarację, która doprowadziła do powstania Wspólnoty Węgla i Stali, będącej pierwszym stadium kształtowania się obecnej Unii Europejskiej? Ta druga data znana jest jako Dzień Europy, ale też na to zasługuje szczególnie, gdyż dotyczy wspólnoty, której współzałożycielami były kraje jeszcze pięć lat wcześniej brutalnie ze sobą walczące.

Wobec takiego Dnia Europy, ustanowionego na cześć budowania jedności zamiast wrogości, przezwyciężania nienawiści i balastu przeszłości, budowania przyjaznej wspólnoty… celebracja wybuchu krwawego i bratobójczego konfliktu, a nawet bezrefleksyjne gloryfikowanie zwycięstw wydają mi się anachronizmem. Chyba że są one ponadczasową, mądrą refleksją nad ofiarą wszystkich poległych i ostrzeżeniem przed nienawiścią, podziałami i politykami burzącymi pokojowy i społeczny ład. A tych i dzisiaj nie brakuje.

Bernard Gaida

  • Dział: Blogi

"100 lat temu..." - mało znane fakty roku 1921

2 maja zbliża się setna rocznica trzeciego, ostatniego powstania Śląskiego. Wokół wydarzeń sprzed 100 lat organizowane są wystawy i dyskusje, powstają również publikacje na ten temat (przegląd wydarzeń i publikacji tutaj). Oficjalne uroczystości na górze św. Anny odbędą się natomiast już w najbliższą niedzielę.

Jedną z oddolnych inicjatyw są wpisy lokalnych instytucji i pojedynczych osób. O szeregu wpisów na stronie DFK Guttentag pisaliśmy na początku marca tutaj.

Z kolei od niedawna na profilu facebookowym Waldemara Gielzoka, prezesa Niemieckiego Towarzystwa Oświatowego, ukazują się wpisy nawiązujące treścią do wydarzeń sprzed 100 lat i opisujące je z innego punktu widzenia. W pierwszym wpisie czytamy:

"Przygotowania do działań zbrojnych szły pełną parą. Nie czekając na wyniki plebiscytu i chcąc mieć wpływ na bieg wydarzeń za granicą, czyli na przemysłowym Górnym Śląsku, założono w Kępnie na Wielkopolsce 11 grudnia 1920 r. Dowództwo Obrony Plebiscytu (DOP). Inicjatorem tej organizacji o strukturze armii byli generał Kazimierz Raszewski i Wojciech Korfanty. Ze względu na nielegalność takich działań w świetle prawa międzynarodowego i aby ukryć plany agresji formację wojskową nazwano oficjalnie „Warszawskie Towarzystwo Przemysłowo-Budowlane”.


(Schlesien Journal 23.3.2021)

Jednak dlaczego w ogóle Górny Śląśk został podzielony? "[Po zakończonym plebiscycie] stało się jasne, że wyniki plebiscytu że plebiscyt był [dla Polski] przegrany, a Korfanty i strona polska wiedziała, że cały Górny Śląsk może zostać utracony" mówi Waldemar Gielzok dla Schlesien Journal (audycja z 23 marca 2021). "Dlatego od samego początku było wiele protestów. (...) W przeciwieństwie do tego, co wcześniej sądzono - że nie należy oddzielać czegoś, co wyrosło jako jedność (...) Powinno się było tego uniknąć, ale to była jedyna szansa dla Polski. Dlatego rozpoczęło się trzecie powstanie, podczas którego zostało pokazane siłą: granica powinna przebiegać tutaj".

 

Teksty można śledzić a profilu Waldemara Gielzoka na Facebooku (wpisy są publiczne) lub pobierać je w formie .pdf z naszej strony.








 

Oczekiwanie

Wystarczająco długo żyję by umieć czekać, ale w sprawie obchodów na Górze św. Anny czekanie wydaje się być już zbyt długie. Wypełnia moje całe życie.

Jako dziecko, uczeń i ministrant odwiedzałem świętą górę Śląska od kiedy pamiętam. To tam realizowało się moje uczenie się Śląska, ale dokonywało się na jednej jego połowie. Kościół, klasztor, kalwaria, pustelnik, grota, dom pielgrzyma. Pokłon przed krzyżem na Rajskim Placu, który zaczynał każdy pobyt. Druga połowa była obcym światem, przed którym ostrzegała Oma tajemniczym głosem prosząca by moja noga nie stanęła na placu przed pomnikiem Dunikowskiego.

Sama przeżyła w amfiteatrze hitlerowski zlot dla uczniów i młodzieży, na którym partyjny funkcjonariusz, któremu dzwon ze szczytu Annabergu przerwał przemówienie wykrzyknął, że i on kiedyś dzięki Führerowi zamilknie. Dla Omy bluźnierstwo takie jak późniejsze polskie, socjalistyczne ataki na religię. Stały one też z nią w sprzeczności i jej zagrażały.

Oprócz tej ideologicznej była jeszcze moralna przestroga. Dla rodziców i dziadków świętokradztwem bowiem było wysadzenie mauzoleum niemieckich obrońców Górnego Śląska i integralności państwa przed polskimi formacjami, a które zawierało urny z ich prochami. Byli przekonani, że wybuch musiał ich prochy rozrzucić na placu przed nowym, komunistycznym pomnikiem poświęconym powstańcom. Więc aby nie deptać ich prochów należało pod pomnik nie chodzić.

Dysonans był wpisany na trwałe w Annaberg i dopiero wizyta papieża w 1983 roku ze słowami „ta ziemia potrzebuje wielorakiego pojednania” wyzwoliła oczekiwanie. Setki tysięcy Ślązaków wtedy zgromadzonych zaraziło się nadzieją. Ale chyba nie spodziewali się, że będzie ono trwało do dzisiaj. Zmienił się świat, upadł socjalizm a sierp i młot pozostał już tylko na pomniku Dunikowskiego. Uznano mniejszość niemiecką, miejscowości oznaczono także nazwami niemieckimi, zakazany w szkołach język niemiecki jest w nich znów nauczany, ale Annaberg nadal podzielony jest na dwie strefy. Bliską nam Ślązakom strefę modlitwy i pielgrzymek oraz treściowo nam obcą strefą państwową.

Po raz kolejny w tym roku napisałem do Prezydenta RP prośbę o przezwyciężenie tego podziału w czasie obchodów 2.05 i uczczenie pamięci wszystkich poległych w tragicznym, wywołanym przez zewnętrzne siły polskim powstaniu. 10 lat temu taką prośbę wysłuchał prezydent Komorowski a jego słowa zdawały się zacząć spełniać apel Jana Pawła II. Teraz czekamy znowu wierząc, że prezydent RP potrafi wznieść się ponad ciasne, lokalne, archaiczne i oderwane od dorobku historyków wypowiedzi i działania.

Bernard Gaida

  • Dział: Blogi
Subskrybuj to źródło RSS