Log in

Radosne i tragiczne rocznice

Początek maja jak co roku obfituje w rocznice. Ich nawał jest tak wielki, że niektórzy się w nich wręcz gubią. O jednych zapomnieli, z innymi przesadzili, a jeszcze innych przynajmniej nie przemyśleli. Połączmy tylko dwie z nich.

Wielu zapomniało o 1 maja jako kolejnej rocznicy rozszerzenia UE, którego jednym z beneficjentów stał się Śląsk. 16 lat temu wszystkie części Śląska wraz z krajami, pomiędzy które został podzielony, znalazły się w jednej wspólnocie. Granice państwowe nie zniknęły, ale w strefie Schengen zniknęła ich opresyjność. Tego dnia warto się było wsłuchać w dwa cytaty z Deklaracji Schumana, który powstanie Wspólnoty Węgla i Stali uznał za pierwszy etap powstawania Federacji Europejskiej. Ta droga trwa już długo, a jej sens się potwierdził. Schuman mówił: „nie było Europy, mieliśmy wojnę”. Sprawdziło się, że samo budowanie wspólnoty dało już kilkadziesiąt lat pokoju.

Warto hamulcowym procesu integracji i piewcom wyższości ciasnego interesu narodowego nad wspólnotowym o tym przypominać. Ale krytykom przypominać też o tym, że „Europa nie powstanie od razu ani w całości”. Powstawanie Europy jest przezwyciężaniem wielu podziałów, takich jak ten na Śląsku z 1921 roku. One zawsze były zawinione. Gdy jeszcze niektórzy nadal bezrefleksyjnie czczą bohaterów rzekomego „zrywu ludu śląskiego”, powinni to już weryfikować współczesnymi pracami polskich historyków, którzy odważnie głoszą już tezę, że spojrzenie na powstania, a zwłaszcza na III powstanie powinno ulec zmianie. Prof. Kaczmarek nazywa je nieznaną „wojną polsko-niemiecką”, a teza, że to raczej polskie powstanie na Śląsku niż powstanie śląskie, nie jest mu obca. Elity powstańcze ze Śląska od dawna potajemnie otrzymywały żołd z Polski. Obok akcji dyplomatycznej była to ogromna akcja polskiego wywiadu wojskowego, której efektem był przerzut na Śląsk polskich sił zbrojnych (wbrew międzynarodowym regulacjom), uzbrojenia, sił dowódczych, a wszystko to zakamuflowane bratobójczym udziałem samych Ślązaków.

Miałem swój udział w tym, że w czasie swego pobytu na Górze św. Anny prezydent Komorowski oddał cześć także niemieckim Ślązakom, którzy bronili tej góry i Śląska, uznając ich prawo do obrony i do marzenia, by pozostała w Niemczech. Dlatego dziś z perspektywy jednoczącej się Europy nie można po staremu czcić pamięci walk o Śląsk sprzed stu lat. Na Annabergu obecny pomnik stoi na miejscu wysadzonego po wojnie mauzoleum na cześć niemieckich obrońców tej góry. Oby kiedyś z tych dwóch pomników powstał jeden, upamiętniający wszystkich poległych, których politycy dążący do zmiany granic (wbrew wynikowi plebiscytu) popchnęli do walki, siedząc spokojnie w gabinetach w Warszawie, Poznaniu, Paryżu i Bóg jeden wie, gdzie jeszcze.

Bernard Gaida

 

  • Dział: Blogi

Kraj po 10 maja

Od kilku tygodni staram się usilnie unikać tematów politycznych, ale nie do końca można. Niedawno pisałem, że polskie wiadomości, które zawsze miały skłonności do zaściankowości i niedostrzegania problemów globalnych, w obliczu pandemii stały się całkowicie egoistyczne. Nagle przestały dostrzegać tragedię głodu na świecie, uchodźców w Grecji czy konfliktu na Ukrainie. Jednak w ostatnim czasie nawet pandemia straciła na znaczeniu, a ma się wrażenie, że świat cały kręci się wobec wyborów prezydenta w Polsce. Ale niestety w swej powszechności tak w mediach, jak i pośród ludzi akcent postawiony jest na epidemiologiczne zagrożenia przeprowadzenia tych wyborów. W ten sposób traci ta dyskusja znamiona racjonalności.

Oczywiście, że pandemia i niebezpieczeństwo zarażenia w trakcie wyborów jest niezmiernie istotne. Jednak paradoksalnie dla istoty wyborów w demokratycznym państwie tematem drugorzędnym jest, jak długo wirus przeżyje na kartce papieru, gdyż można zapewne zachować na tyle higieny, by nikomu nic nie groziło. O wiele ważniejszy jest fakt, że pandemia w ostatnich tygodniach sprawiła, że nie było możliwe spełnienie najważniejszego warunku demokratycznego wyboru, czyli informacji i możliwości zapoznania się z programami kandydatów.

Wybory powinny być powszechne, tajne, bezpośrednie i równe. Manipulowanie prawem wyborczym, sposobem ich przeprowadzenia, pozbawienie roli niezależnej PKW zagraża ich powszechności, tajności, bezpośredniości, ale nawet gdyby tak nie było, to zasady równości kandydatów już nie da się naprawić. Możliwość prowadzenia kampanii przez urzędującego prezydenta przy jednoczesnym ograniczeniu tej możliwości pozostałym kandydatom doprowadziło do sytuacji, że wiedza obywateli na temat kandydatów ograniczona jest do kilku z nich. Pytani o liczbę kandydatów wszyscy mówią o pięciu lub sześciu kandydatach, a tymczasem kandydatów jest ostatecznie dziesięciu.

Czy mniej znana część tej dziesiątki ma jakąkolwiek szansę, by w sytuacji zakazu zgromadzeń, utrudnień w podróżowaniu, braku dostępności do mediów centralnych móc dotrzeć do świadomości wyborców? Czy sprowadzenie kampanii wyborczej do sporu czy, jak i kiedy przeprowadzić wybory, pozwala zapoznać się z programami kandydatów? Czy ta sytuacja motywowała kandydatów do wysiłku stworzenia programu? Na te pytania trzeba uczciwie dać odpowiedź negatywną. A to oznacza, że jako wyborca pozbawiony jestem możliwości racjonalnej analizy, a więc świadomego wyboru, co podważa sens ich przeprowadzenia czy też udziału w nich. Czym więc będą, jeśli się odbędą? I czym będzie kraj, w którym prezydentem będzie ktoś wybrany w ten sposób?

Bernard Gaida

  • Dział: Blogi

Wspomnienie Leppicha

Kilka dni temu przez przypadek dowiedziałem się, że 16 kwietnia przed 105 laty w Raciborzu urodził się o. Johannes Leppich. Nawet jeśli dziś wielu nic już o nim nie wie, należał on jednak swego czasu do najbardziej znanych Górnoślązaków. Mnie także był znany, choć nigdy nie miałem możliwości spotkania go osobiście. Niestety nie uczestniczyłem 20 lipca 1990 roku w Łubowicach w wielkiej proeuropejskiej manifestacji pod przewodnictwem Ottona von Habsburga, podczas której o. Leppich wygłosił kazanie. Wtedy tam właśnie była mowa o Górnym Śląsku jako Tyrolu Południowym Wschodu.

Dwa lata później o. Leppich zmarł w Monastyrze. Ale w mojej pamięci pozostał od lat dzieciństwa, mianowicie jako głos na płytach winylowych, potem taśmach magnetofonowych z jego kazaniami z niemieckich miast ze słyszalnymi odgłosami ulicy w tle. Nagrania te były w śląskich domach słuchane z wielkim nabożeństwem. Nazwa „kaznodzieja uliczny” była dla nas, żyjących wówczas w totalitarnym państwie, synonimem zarówno wzbudzenia religijności, jak i wolności religijnej.

Kiedy o. Leppich w latach pięćdziesiątych i sześćdziesiątych głosił kazania, nie tylko stojąc na dachu samochodu, ale także na stole pośrodku hamburskiej dzielnicy Reeperbahn, w Polsce partia walczyła z Kościołem. Kardynał Wyszyński był internowany, obraz Czarnej Madonny był zamknięty w Częstochowie, księża byli karani za niezapłacenie czynszu, grupa tzw. księży patriotów stanowiła niebezpieczeństwo wewnątrz Kościoła. Nie do pomyślenia było wtedy, że duchowny będzie przemawiał na jakimkolwiek skrzyżowaniu i nie zostanie zatrzymany. W przypadku o. Leppicha dochodziła na Śląsku jeszcze duma, że on, również Ślązak, w Niemczech słuchany jest przez tysiące ludzi, oraz przekonanie, że jego ostra krytyka konsumpcjonizmu jest pośrednim potwierdzeniem, iż nasze pozostanie na Śląsku, gdzie żywe były jeszcze tradycyjne wartości, było decyzją właściwą.

W związku z tym widzę obraz zamkniętej kuchni, gdzie zazwyczaj wokół stołu siedzą kobiety i z wypiekami na policzkach ze strachu przed ewentualnym szpiclem podsłuchującym z ulicy język niemiecki, w ciszy słuchają ochrypłego głosu Leppicha dochodzącego z gramofonu. Pewnego dnia oświadczył on, że przemawia w tak nietypowych miejscach, ponieważ „musi dotrzeć do publiczności, która już nie może czuć kadzidła”. W czasie pandemii, kiedy wszyscy siedzą w zamkniętych mieszkaniach, kiedy kościoły i restauracje są puste, wspomnienia prowadzą mnie do takich obrazów.

Bernard Gaida

  • Dział: Blogi

Egoizm nie może być trendy

Skończyłem czytać artykuł, którego główne pytanie brzmi: a jeśli się okaże, że skuteczny jest model szwedzki, czyli zwalczenie epidemii bez rujnowania gospodarki i społeczeństwa? Przyznam, że to ponura lektura zwłaszcza dla bankrutujących, nie tylko w Polsce, restauratorów czy hotelarzy, którzy czytają o pełnych ogródkach piwnych w Szwecji. Nawet w Berlinie zdziwienie wywołuje skala polskich ograniczeń, a w tym słynny i naprawdę niezrozumiały, zwłaszcza na terenach wiejskich, zakaz wchodzenia do lasu. Wszak chyba nic nie jest epidemiologicznie bezpieczniejsze niż bycie samotnym pośród drzew.

Na zawsze zapadnie nam w pamięci Wielkanoc 2020 i to może nie tyle z powodu niemożności własnego pójścia do kościoła, ale poprzez obraz samotnej postaci w bieli, papieża Franciszka na pustym placu św. Piotra czy w pustej bazylice. I nawet jeśli w orędziu wielkanocnym Urbi et Orbi mówił o chrześcijańskim „prawie do nadziei”, to uderzał smutek bijący z jego twarzy. Jestem przekonany, że poczucie odpowiedzialności za słowo w czasie najbardziej optymistycznych świąt chrześcijaństwa, które przypadły na czas pandemii, wyrywający z grona żyjących tysiące osób dziennie, szarpało jego myśli. Przyzwyczailiśmy się, że kolejni papieże w te święta nawoływali do pokoju.

Kiedyś faktycznie słowa papieża potrafiły na kilka dni uciszyć wystrzały armatnie. Ostatnie dziesięciolecia przyzwyczaiły nas do tego, że konflikty były głuche na słowa płynące z Rzymu. Ale Franciszek, będący jednym z niewielu autorytetów moralnych tego świata, mając zapewne świadomość mizernej skuteczności swych apeli, nie może nie wołać o pokój dla Jemenu, Ukrainy czy Palestyny. Ktoś musi być głosem sumienia. Wszak sumienie mówi tym głośniej, im mniej jest słuchane. Różnica tegorocznego apelu tkwi w fakcie, że nigdy wcześniej wszystkie strony tych rozlicznych konfliktów nie były dziesiątkowane przez tego samego wroga. A nic silniej nie łączy jak wspólny wróg. Skoro połączył siły laboratoriów naukowych i w wielu krajach polityków różnych opcji, to powinien też uśmierzyć konflikty. Ale czy na pewno?

Waga słów papieża szczególnie istotna jest dla konsumenta polskich mediów. W obliczu pandemii i głębi polskiego rozdarcia politycznego media przestały relacjonować cokolwiek o uchodźcach w Grecji i walkach w Donbasie, a pogardliwe dla ogółu rządowe obchody smoleńskie w Warszawie stały się ważniejsze od umierających z głodu jemeńskich dzieci. Dlatego słowa papieża mają wartość, nawet jeśli politycznie niczego nie zmienią. Jak wyrzut sumienia.

Bernard Gaida

  • Dział: Blogi

Wesołych Świąt

Niemiecka nazwa Wielkiego Tygodnia – Karwoche – etymologicznie pochodzi od starogermańskiego słowa kara i oznacza lament, strapienie, żałobę. Natomiast dużo rzadziej używa się nazwy Cichy Tydzień. Ja jednak nigdy bym nie pomyślał, że to właśnie ta druga nazwa okresu przed świętami będzie bardziej odpowiednia, i to dosłownie.

Pandemia nie tylko zmieniła znaczenie tego okresu. Cicho jest na ulicach, sklepy są zamknięte, parki wyludnione. Przed największym świętem chrześcijan zamknięte są również kościoły. Na Śląsk czy Warmię nie przyjeżdżają krewni z Niemiec. Granica jest znowu realna. Aby wspólnie się pomodlić, trzeba się „spotkać” w internecie i to czyni wiele ludzi, także Ślązacy, którzy może w przeszłości nie mieli aż tylu możliwości udziału w niemieckojęzycznych nabożeństwach.

Najważniejsze jednak jest to, że w czasie epidemii ufność w Bogu osiągnęła nowy, głębszy wymiar. Pewien duchowny z Niemiec następująco opisał aktualny nastrój: „Posługę duszpasterską wykonuję poprzez internet, Whatsapp i telefon. Mam o wiele więcej kontaktu z wiernymi niż wcześniej. Wysyłam im codziennie krótkie teksty, które oni potem w domu wspólnie z rodziną lub samemu mogą wykorzystać do liturgii słowa. I to czynią! Ponadto wystawiam w kościele o godz. 9.00 Najświętszy Sakrament, oświetlam go lampami i ludzie przychodzą, zachowując odstęp od siebie, na adorację. Ludzie przychodzą i się modlą. O godz. 18.00 błogosławię Najświętszym Sakramentem miejscowość. Dla wszystkich potrzebujących zbieramy paczki, które oni potem otrzymują. Są to w szczególności uchodźcy. Ludzie codziennie przynoszą bardzo dużo produktów. Wygląda to tak: ludzie kupują świeże produkty i składają przed wejściem do kancelarii parafialnej, a dwa razy dziennie samochód Caritasu je odbiera. Mam więc dużo roboty i jest mi z tym dobrze”.

Coraz częściej słychać pytanie, czy świat po pandemii będzie taki jak wcześniej. Tego nie wiem, ale może pod wieloma względami nie utraci na nowo znalezionych lub ożywionych wartości. Wtedy zmartwychwstanie po Wielkim Tygodniu stanie się naprawdę. Tego życzę sobie i nam wszystkim. Wesołych Świąt Wielkanocnych!

Bernard Gaida

  • Dział: Blogi

Misja w mediach społecznościowych

Każdy pamięta powieść Alberta Camus „Dżuma”. Epidemia zbierająca śmiertelne żniwo tam i teraz ma budzący lęk wymiar medyczny i egzystencjalny. Ale są też inne wymiary. Korek na granicy, zakazy wychodzenia z domu, kontrola obecności pod wskazanym adresem, samoorganizacja społeczeństwa przy niewydolności władzy to dla młodych ludzi całkiem nowe doświadczenie. Jednak zamknięte granice dla naszej części Europy jeszcze trzydzieści lat temu nie były przejściowym obostrzeniem, lecz normalną rzeczywistością. Zakaz wyjazdów zagranicznych, życie pod kontrolą, zakaz zgromadzeń były normą systemu socjalistycznego. A to z kolei wiązało się z mizerią gospodarczą, reglamentacją towarów i… upodleniem obywateli. Obalenie tego systemu zostało okupione życiem wielu ludzi w wielu krajach.

Godzinami możemy snuć opowieści o tamtym czasie i dlatego z namysłem należy nakładać i godzić się na ograniczenia, które mogą zmienić standardy ustrojowe państw. Pojawiają się już obawy, że obostrzenia, które w istocie są ograniczaniem praw obywatelskich, z obecnej konieczności mogą stać się normą. Mogą być wykorzystane przez polityków i partie, które w owej konieczności mogą szukać szansy na umocnienie swej pozycji nawet wbrew społeczeństwom. I nie dotyczy to tylko Polski. Dochodzą słuchy, że premier Orban zamierza zapewnić sobie możliwość rządzenia za pomocą dekretów. Zaś sobotnia wolta partii PiS, która pod pozorem tak potrzebnego pakietu dla gospodarki przemyciła rozwiązania mające upozorować możliwość przeprowadzenia w maju wyborów prezydenckich jest tego dowodem. Ryzykuje tak potrzebny, chociaż słabiutki pakiet dla gospodarki dla ciasnego interesu swej partii.

Te i inne sytuacje dowodzą, jak łatwo poprzez totalną izolację niszczyć nie tylko gospodarkę, ale także demokrację. Im więcej izolacji wprowadza państwo, tym bardziej władzy trzeba patrzeć na ręce. I widać wtedy, jak ważne stają się media społecznościowe. Stąd wiemy o kolejnych burmistrzach, którzy zapowiadają, że w czasie epidemii nie podejmą się organizacji wyborów w swoich gminach. Tutaj  przenosi się duszpasterstwo.  Powstają grupy modlitewne, standardem staje się transmisja mszy świętych na stronach FB czy You Tube. 

W normalnych czasach są u nas parafie, w których pomimo potrzeby nie odprawiało się mszy w języku niemieckim a obecnie mamy do dyspozycji całą ich listę. A hitem jest o godz. 20.00 wspólna modlitwa na streaming.airmax.pl/kamienslaski. Tam wraz z ks. dr. Piotrem Tarlinskim modli się ponad 2000 Niemców nie tylko z Polski, Niemiec czy Austrii, ale także z Czech, Słowacji a nawet ukraińskiej Odessy.

Bernard Gaida

  • Dział: Blogi

Zamknięty kościół

Tendencja, by pisać o pandemii koronawirusa, jest zaiste wielka. Niecodzienność naszej sytuacji przywraca jednak pamięci inne niecodzienne analogie. Zamknięte kościoły lub kościoły bez eucharystii to wstrząs, jakiego nie znamy ani z własnego życia, ani z historii Kościoła. Przeciwnie. Im było trudniej i im większe przerażenie budziła rzeczywistość, tym bardziej Kościół stawał się potrzebny.

Gdy w sobotę w pewnej rozmowie z historykiem pytałem go o podobne przypadki z przeszłości, usłyszałem, że bywało, iż w czasach zarazy do świątyni nie wpuszczano określonych ludzi, ale nigdy nie było tak, by biskupi zachęcali do opuszczenia mszy niedzielnej lub odprawiania jej bez wiernych. Wiele rzeczy dzieje się wokół nas po raz pierwszy i zapewne wiele się jeszcze takich rzeczy wydarzy. A jednak właśnie z historii przypomniała mi się opowieść, która obrazuje ból z powodu niemożności pójścia na mszę.

Wiele lat temu w Jarnołtówku spotkałem Niemkę, która przeżyła tam koniec wojny. Opowiadała, że mieszkańcy wioski na wiele miesięcy zostali stłoczeni w miejscowej szkole otoczonej płotem i zamienionej w obóz. W ten sposób musieli zwolnić swoje domy dla przybyłych ze wschodniej Polski repatriantów. Zza płotu owego w centrum wsi położonego obozu codziennie obserwowali rodzące się we wsi „nowe życie”. Widzieli nowych mieszkańców, słyszeli ich rozmowy, zastanawiali się, którzy z oglądanych ludzi zajęli ich dom, kto śpi w ich łóżku, jada w ich kuchni, podczas gdy oni w liczbie kilkuset śpią pokotem w klasach, a za jedzenie musi im starczać cienka zupa i trochę wydzielanego chleba. Psychicznie wykańczał ich los, którego nie znali. Rzekomo byli przeznaczeni do wywiezienia, ale dokąd, skoro całe miesiące nic się nie działo. Wegetowali pośród coraz bujniej rodzącej się polskiej rzeczywistości.

Jednak najgorsze przeżycie zapamiętała z zimy. I nie było to zimno, które im doskwierało. Najgorszym wspomnieniem były święta Bożego Narodzenia, kiedy widzieli Polaków odświętnie ubranych udających się na msze święte. Im, pomimo prośby, odmówiono możliwości pójścia do kościoła i odprawienia mszy. Podobno nie zgodził się ksiądz. Łzy były ich modlitwą, gdy słyszeli organy i śpiew przenikający mury świątyni. Płacząc, śpiewali w klasach swoje „Stille Nacht”. Ale ból, który rozsadzał ich serca, przetrwał te kilkadziesiąt lat.

Moja rozmówczyni płakała na samo wspomnienie. Ten ból słyszę dzisiaj u niektórych spośród nas.

Bernard Gaida

  • Dział: Blogi

Złodzieje ducha

W minionym tygodniu bohaterem jednej z najważniejszych rozmów w polskiej debacie publicznej został filozof i historyk idei Marcin Król. Uznał, że największą winą ludzi partii rządzącej jest to, że stali się złodziejami ducha. Stali się tymi, którzy usiłują z ludzi zrobić wyłącznie „zjadaczy chleba” po to, by mieć do czynienia z masą. Dlatego pozbawiają ludzi rzeczywistego związku z tradycją, z patriotyzmem i kulturą narodową.

Prof. Król powiedział to, mimo że od kilku lat mamy do czynienia z wybuchem rzekomych treści patriotycznych, więc pośrednio wskazał na zasadniczą różnicę pomiędzy autentycznym patriotyzmem a nacjonalizmem. Ów filozof, rozważając poziom klasy politycznej, i to nie tylko w Polsce, zwrócił uwagę też na fakt, że brak obecnie polityków łączących w sobie inteligencję, rozwój ducha i skuteczność. Za przykład polityka tego formatu wybrał Ottona von Bismarcka, w którym widział i cierpliwość (20 lat czekania na swój czas), i umiłowanie duchowości (obcowanie z poezją), i posiadanie wizji. Nam, Niemcom, nie powinna ujść uwagi ta wysoka ocena niemieckiego polityka i reformatora, który skutecznie budował nowoczesne i sprawiedliwe państwo z systemem opieki społecznej czy powszechną oświatą.

Prof. Król mówił o Polsce, a przecież trudno nie znaleźć analogii do sytuacji w Niemczech, zwłaszcza gdy krytykował opozycyjnych kandydatów startujących w kampanii wyborczej za brak wyrazistości i nierealną jak mantra powtarzaną kwestę „o byciu prezydentem wszystkich Polaków”. Demotywującą wyborców, którzy w kraju podzielonym oczekują od swych kandydatów jasnego sygnału nie do nierealnej walki o wszystkich, ale o klarowną większość. Także w Niemczech niemal wszyscy określają się jako polityczny środek – Mitte, a przecież wyborcy oczekują, by jedni byli lewicowi, a inni konserwatywni, by się różnili – po to, by oni mieli jakiś wybór. A nie bezideowy środek pomiędzy ekstremizmami.

To wydaje się niemieckim mimowolnym „złodziejem ducha”, pozbawiającym i tam rzeczywistego patriotyzmu, związku z tradycją i kulturą narodową. Tutaj możemy upatrywać przynajmniej częściowo przyczyn budzących zdziwienie symbolicznych wydarzeń, takich jak duże prawdopodobieństwo postawienia w Gelsenkirchen pomnika Włodzimierza I. Lenina z jednej strony, a z drugiej strony usunięcie przez Senat Berlina z listy jego honorowych obywateli Paula von Hindenburga.

Bernard Gaida

  • Dział: Blogi
Subskrybuj to źródło RSS