Log in

Wybory prezydenta. Iść, nie iść?

Ze zdziwieniem w ostatnich dniach pośród znajomych spotykam się z tytułowym pytaniem: Czy warto pójść na wybory prezydenckie? Ze zdziwieniem, gdyż wydawało mi się oczywiste, że w sytuacji tak istotnego rozdarcia ideologicznego każdy świadomy obywatel na wybory się wybiera. Argumenty za tym, by nie pójść, są najczęściej oklepane, jak na przykład: „wszyscy są tacy sami”, „chodzi im tylko o pieniądze”, „a co to zmieni?” itd. Kiedy jednak przeczytałem w internecie, że przecież to sprawa Polaków, a co nas, Niemców, to obchodzi, postanowiłem napisać kilka słów na ten temat.

Zacznę od tego, że obecnie urzędujący prezydent Andrzej Duda, któremu zarzuca się bierne podpisywanie ustaw przychodzących z Sejmu, akurat w przypadku praw mniejszości narodowych zastosował weto. Była to pierwsza nowelizacja ustawy, którą prezydent skutecznie swoim sprzeciwem zablokował. Tamta nowelizacja ustawy o mniejszościach narodowych i etnicznych po latach przygotowań przewidywała ułatwienia w stosowaniu języków pomocniczych, np. wprowadzenie języka pomocniczego na poziom urzędów powiatowych, wprowadzała zasadę, że przedstawiciele mniejszości braliby udział w wyborze dyrektora szkoły, w której uczy się języka mniejszości, i kilka innych ułatwień. Wszystkie te zmiany przeszły przez Sejm i Senat… a odpadły na ostatnim etapie. Innym razem prosiliśmy prezydenta o zastosowanie weta, kiedy sędziów posiadających drugie obywatelstwo pozbawiano prawa wykonywania zawodu. Prezydent z niego nie skorzystał.

Już te przykłady pokazują, jak ważne jest, kto jest prezydentem i jakie ma poglądy na pozycję mniejszości narodowych i wielokulturowość. Jednocześnie wiemy, że do mniejszości narodowych w Polsce należy około 2% społeczeństwa. Niewiele. Ten niski udział sprawia, że problemy mniejszości narodowych nie leżą w głównym nurcie i w normalnym dyskursie nawet trudno się dowiedzieć, co dany kandydat czy partia na takie tematy sądzi. Trzeba się więc wsłuchiwać i pytać – i będziemy to robić w imieniu całej społeczności niemieckiej.

Róbmy to też indywidualnie. Nie ulegajmy złudzeniu, że może nam to być obojętne i że można zrezygnować z nadziei wyboru na głowę państwa człowieka szanującego demokrację, konstytucyjne zapisy i unijne standardy. Tam są zapisane wszystkie nasze prawa.

Bernard Gaida

  • Dział: Blogi

Co nas łączy?

Tydzień temu zapowiedziałem felieton o Niemcach w Kazachstanie. Odwiedzając ich, starałem się stawiać tytułowe pytanie: co nas łączy. Oceńcie sami.

W swojej istocie społeczność niemiecka pojawiła się na kazachskich stepach w wyniku deportacji Niemców z całego terytorium ZSRR w 1941 roku. Ich korzenie sięgają do krajów niemieckich z XVIII wieku, ale deportowano ich z Krymu, Ukrainy, Gruzji, a przede wszystkim znad Wołgi. Kiedy w wyniku upadku państwa radzieckiego obok innych państw odrywa się od Rosji Kazachstan, na jego terytorium żyje około miliona Niemców. Są złamani terrorem. Samą deportacją, a potem dyskryminacją językową, która sprawiła, że znikające pokolenie dziadków jest ostatnim mówiącym w życiu codziennym po niemiecku.

W wyniku podjętej przez Niemcy polityki wobec mniejszości niemieckich w Europie Wschodniej i byłym ZSRR przez kolejne lata rodziny niemieckie masowo podejmują starania o wyjazd na Zachód. Dzisiaj zostało ich w Kazachstanie 180 tysięcy. Wielu z nich także dziś przygotowuje się do wyjazdu do Niemiec, co wymaga od nich znajomości języka niemieckiego i związanej z nią kultury i historii. Wyjazd jako Spätaussiedler staje się możliwy po zdaniu swoistego egzaminu w ambasadzie Niemiec. Do szkółki niedzielnej w stolicy kraju uczęszczają więc też dzieci, których rodziny już zaplanowały wyjazd.

Z powodu wyjazdów liczba Niemców w Kazachstanie maleje, chociaż spotkałem także osoby, które z Niemiec powróciły i swoją znajomością języka służą mniejszości doskonale. A język jest piętą achillesową po latach dyskryminacji i wobec obecnego wypierania go ze szkół. W stolicy zarówno w katolickim, jak i ewangelickim kościele nie odprawia się nabożeństw po niemiecku, gdyż – jak mi powiedziano – nie ma wiernych, którzy znaliby ten język. Zresztą dotyczy to też języka polskiego, mimo że Polaków jest tam dużo. Bywa że odprawia się je na wioskach. Niestety nie było mi dane znaleźć się w niemieckiej wiosce, a nawet taksówkarze mi mówili, że to były najpiękniejsze wioski w kraju. Były, gdyż z powodu wyjazdów pustoszeją.

Moi rozmówcy w centrali mniejszości niemieckiej koncentrują się na realizacji projektów w 21 regionalnych organizacjach niemieckich, kładąc nacisk na młodzież i język, ale jednocześnie zastanawiają się, jak powstrzymać migrację swych członków do Niemiec. Tym bardziej że wielu z nich czyni to już nie z pobudek ekonomicznych, lecz by nie zamykać swym dzieciom drogi „na przyszłość”.

Bernard Gaida

  • Dział: Blogi

Linia historii

Stara prawda, że podróże kształcą, jest oczywistością. Może jeszcze ważniejszą byłaby prawda, że przełamują stereotypy. Takim właśnie stereotypem może być przeciętne wyobrażenie Kazachstanu, kojarzącego nam się ze spuścizną sowiecką, zacofaniem centralnej Azji, deportacją i Niemców, i Polaków w czasie wojny, a czasem i dyktaturą, skoro niepodzielne rządy sprawuje przez 28 lat bez przerwy Nursułtan Nazarbajew.

Po trzydniowym pobycie w stolicy tego kraju nie uważam się za eksperta, ale niewątpliwie przełamał on moje stereotypy. Nowoczesność i rozwój w skali nam nieznanej imponuje. Nowe miasto z centrum rządowym powstało z wizjonerstwa prezydenta tam, gdzie jeszcze kilkanaście lat temu był jedynie step. Dziś wznoszą się ku niebu nowoczesne wieżowce. Owa wizja prezydenta oparła to miasto na linii historii, którą miałem okazję widzieć z wysokości 25. piętra. W centrum stoi Wieża Niepodległości, która symbolizuje punkt zwrotny historii Kazachów. Od zarania swych dziejów ów lud nomadów żył w świecie nieokreślonym, co pokazuje dość chaotyczna, choć nowoczesna zabudowa, od niej wszystko staje się symetryczne i biegnące prostą linią ku siedzibie rządu, parlamentu, prezydenta aż po pałac religii w kształcie piramidy i pałac ludowy.

W tym mieście spotkałem się wielokrotnie z tradycyjną życzliwością i otwartością Kazachów, którzy od 1991 roku żyją w stanie permanentnych zmian politycznych, obyczajowych, a nawet językowych. Niepodległość od początku była procesem pokojowego, ale jednak wyzwalania się z zależności od Rosji, otwierania na świat. Zaznaczanie tego jest związane nie tylko z gospodarką, ale także z kulturą tego kraju, który w 70% zamieszkują Kazachowie, a w 25% etniczni Rosjanie. Tymczasem językiem kazachskim włada tylko 30% społeczeństwa.

Owa dominacja języka rosyjskiego sprawia, że polityka kulturalna nastawiona jest na popularyzację języka kazachskiego, co obok światowej pozycji angielskiego przysparza troski miejscowym Niemcom. Niestety w ten sposób język niemiecki, kiedyś tak popularny, że rokrocznie 300 tysięcy uczniów uczyło się go jako pierwszego obcego, dzisiaj znajduje się dopiero na czwartej pozycji. Spotkania z kazachstańskimi Niemcami i nie tylko już za tydzień.

Bernard Gaida

  • Dział: Blogi

Jubileuszowe przywracanie pamięci

Już w styczniu rozpoczęło się świętowanie 30-lecia istnienia kilku organizacji mniejszości niemieckiej w Polsce. Dwie największe z nich, czyli te, które działają w dwóch górnośląskich województwach, już swoje całoroczne obchody rozpoczęły. Jednak błędem jest i będzie, jeśli jubilaci nazywaliby to świętowanie jubileuszem powstania mniejszości niemieckiej. Niby oczywiste, jednak bywa, że niektórzy tak to rozumieją.

Pamiętam, że właśnie wtedy, na przełomie lat 1980/90, podnosiły się głosy oburzenia, że to niemożliwe i koniunkturalne, jeśli po kilkudziesięciu latach na terenie, gdzie żadnych Niemców nie było, powstają organizacje z setkami tysięcy Niemców. Dlatego zwłaszcza w roku jubileuszowym należy podkreślać z całą mocą, że trzydzieści lat temu dyskryminowani i uciśnieni kulturowo i językowo Niemcy, którym jeszcze w latach osiemdziesiątych zarówno Kościół ustami prymasa Glempa, jak i państwo ustami gen. Jaruzelskiego odmawiały uznania, udowodnili swoje trwanie na Śląsku, Pomorzu czy Prusach Wschodnich. Należy dziś uczcić wszystkich, którzy za to, że są Niemcami, cierpieli, ale przede wszystkim tych, którzy za podtrzymywanie języka, kultury niemieckiej w sobie i społeczności niemieckiej płacili bardzo wysoką cenę. System narodowej dyskryminacji powiązany z totalitaryzmem kontrolującym całe społeczeństwo zadbał o to, by swoje ofiary skazać na niepamięć. Dlatego tak ważne jest, by powołane z inicjatywy VdG do życia instytucje mogły faktycznie działać.

Myślę o Centrum Dokumentacyjno-Wystawienniczym Mniejszości Niemieckiej, które powstanie w Opolu, ale przede wszystkim o już działającym Centrum Badawczym Mniejszości Niemieckiej. Dzięki pracy tego zespołu powstały już dwie monografie naukowe, z których jedna zajmuje się stosunkiem polskich władz w latach 1945–1989 do ludności niemieckiej na Górnym Śląsku, a druga na Dolnym Śląsku, Pomorzu i Prusach Wschodnich. Lektura tych książek prowadzi nas do grup i konkretnych ludzi, którzy za swój opór wobec polonizacji, za swój negatywny stosunek do zmiany granic, za próby tworzenia stowarzyszeń niemieckich płacili w latach pięćdziesiątych najwyższą cenę wieloletniego więzienia, a nawet śmierci.

To nie na anonimowych ludzi spadły wyroki śmierci. Mieli rodziny i znajomych, a jednak nie potrafimy ich dzisiaj wymienić. Władza zadbała o ich wyparcie ze świadomości społecznej. W niektórych rozdziałach przywołanych publikacji padają ich nazwiska zapewne po raz pierwszy poza aktami służb bezpieczeństwa. Przywróćmy ich naszej pamięci!

Bernard Gaida           

  • Dział: Blogi

Tylko Tragedia Górnośląska?

Styczeń dla Niemców żyjących w krajach Europy Środkowej i Wschodniej to miesiąc bolesnych wspomnień. To wspomnienia coraz częściej już nie własne. W domach doświadczaliśmy tego, że nasi rodzice czy dziadkowie nie chcieli obciążać swych rodzin bólem pamięci roku 1945. Tym bardziej ważne są wszelkie obchody tej tragedii, którą na Śląsku przyzwyczailiśmy się nazywać Tragedią Górnośląską. W niedzielę w Gliwicach złożyłem wieniec poświęcony pomordowanym przez czerwonoarmistów czy przez załogi polskich tzw. obozów pracy. Już tam wyjaśniałem, dlaczego jako społeczność niemiecka w Polsce staramy się nadać tegorocznym obchodom szerszą perspektywę.

We wtorek leciałem do Nowosybirska, gdzie otworzyłem wystawę o mniejszościach niemieckich w 25 krajach. Wystawę zorganizowano na Syberii, gdyż w 1941 roku zostali tam zesłani Niemcy nadwołżańscy. Stamtąd leciałem wprost do Reschitzy w Rumunii, gdzie wziąłem udział w upamiętnieniu niemieckich ofiar deportacji do ZSRR. W ostatnich kilku latach jako przewodniczący AGDM brałem udział w upamiętnieniach niemieckich ofiar obozów, zagłodzenia, internowania i tortur w Serbii i Chorwacji.

19 stycznia odbył się na Węgrzech kolejny już, w 2012 roku uchwalony przez parlament, Narodowy Dzień Upamiętnienia Wypędzenia Niemców Węgierskich. Pełnomocnik Rządu Federalnego Bernd Fabritius powiedział tam: „Węgierskie upamiętnienie ofiar własnej niesprawiedliwości w przeszłości dowodzi poważnego historycznego sumienia. Takie postępowanie domaga się wielkiej czci i ukazania Węgier jako wzoru dla Europy”. Wszędzie na wschód od Odry zwycięzcy wojny wobec Niemców zastosowali odpowiedzialność zbiorową. Rozciągnięto ją na wszystkich wraz z dziećmi, starcami i kobietami.

Główny oskarżyciel z ramienia USA w procesie norymberskim Robert H. Jackson wtedy powiedział: „To, czego świat na pewno nie potrzebuje, to idea, by jednych wyzwolić z obozów koncentracyjnych, a innych tam osadzić. A jednak tak właśnie się stało!”. Wszystko to dowodzi powszechności tego, co potocznie zwykliśmy ograniczać do Górnego Śląska, a tymczasem należy pochylić się także nad Niemcami nie tylko z Pomorza czy Warmii, ale też z Węgier czy Rumunii. I ważne jest, by zaznaczyć, że tych ważnych obchodów w Łambinowicach, Świętochłowicach czy Potulicach nie może nikt interpretować jako relatywizowanie historii, lecz jako jej wypełnienie po latach przemilczania.

Bernard Gaida

82360127 2911075185590290 7124311048445755392 n

Foto: Bernard Gaida

  • Dział: Blogi

Minorowy czas

Początek roku nie chce wyjść z minorowego nastroju. Wszyscy od dawna się przyzwyczajamy i coraz łatwiej przechodzimy do porządku dziennego nad wydarzeniami, które przecież powinny nami dogłębnie wstrząsać.

Ze smutkiem muszę stwierdzić, że w rozmowach większość z nas szczególnie wstrząsającą zbrodnię, jaką przecież jest zestrzelenie samolotu pełnego niewinnych i spokojnych ludzi, lokuje w kategorii strasznych wydarzeń, ale bez głębszej refleksji. Ukraiński samolot, nie nasi rodacy, daleko od nas, więc przechodzimy do innych tematów. Chyba nieco więcej czasu i wzruszeń poświęciliśmy kilka lat temu zestrzelonemu nad Ukrainą samolotowi z Holandii. Działa efekt przyzwyczajenia, oswajania grozy, odpersonalizowania obcych nam ofiar.

Czasem dla spokoju sumienia wolimy nie zauważać procesu, w jakim zło rodzi zło. A politycy racjonalizują najbardziej nawet niewyobrażalne postępki własne, swoich mocodawców czy państw. Tymczasem wiemy, że nie byłoby ataku na ukraiński samolot, gdyby nie zabójstwo irańskiego generała Soleimaniego na rozkaz prezydenta Trumpa. Tak jak nie zginęliby holenderscy podróżni nad Ukrainą, gdyby nie było konfliktu w Donbasie. Konfliktu przecież wywołanego przez konkretnych polityków.

Gdzie znajduje się demokracja i związana z nią etyka, jeśli w świecie, który w większości sprzeciwia się orzekaniu wyroków kary śmierci, reprezentujący ją politycy wykonują karę śmierci bez jakiegokolwiek wyroku. Czy samosądy są zabronione jedynie zwykłym ludziom? Czy już nie wierzymy, że każdy zbrodniarz ma prawo do sądu? Osąd moralny takich zachowań jest przerażająco pusty.

W grudniu z Berlina wydalono dwóch dyplomatów rosyjskich w związku z dowodami, że zabójstwo czeczeńskiego dysydenta (wg Rosji – terrorysty) w berlińskim Tierparku zostało zlecone przez najwyższe władze Federacji Rosyjskiej. Spodziewać by się można napięcia w stosunkach Moskwa – Berlin, tymczasem z sobotniej wizyty kanclerz Merkel w Moskwie i wspólnej z prezydentem Putinem konferencji prasowej nic takiego nie wynika. Gazociąg, konferencja na temat Libii, nieco o Syrii, prawie nic o konflikcie w Donbasie i sytuacji Ukrainy, a w związku z zamordowaniem 176 niewinnych osób w ukraińskim samolocie bodaj jedno zdanie pochwały dla Iranu za przyznanie się do zestrzelenia. Niedobrze się dzieje.

Bernard Gaida

  • Dział: Blogi

Początek i koniec

Zaczyna się normalny czas, w który powinniśmy wejść po bożonarodzeniowych przeżyciach i noworocznych postanowieniach mądrzejsi i lepiej przygotowani. Święta w swojej treści mówią o początku, narodzeniu, a najpiękniej o narodzeniu pisał w prologu św. Jan Ewangelista: „Na początku było Słowo”.

Życie pisze scenariusze, które zmuszają do tego, by ów początek rozumieć w jego pełnym wymiarze. Tak właśnie się dzieje w moim początku roku. Już w czwartek w Warszawie odprowadzę na cmentarz dominikanina, o. Jana Spieża. Mój były duszpasterz akademicki z Poznania przeżył tylko jeden dzień nowego roku. Był przewodnikiem duchowym setek studentów w latach, w których zmieniało się wszystko: Karol Wojtyła został papieżem, odbyła się brzemienna w skutki jego pielgrzymka do Polski, powstała Solidarność, wybuchł stan wojenny. On, pochodzący z Kalisza, późno powołany do kapłaństwa historyk, spokojnie gorącym głowom tłumaczył zewnętrzne procesy, często uspokajając niezdrowe emocje. Jego racjonalne skupienie różniło go od wielu.

Badając dzieje zakonu dominikanów, nie mógł nie zajmować się Śląskiem. To przecież w Kamieniu Śląskim urodził się św. Jacek, uczeń św. Dominika, założyciel klasztorów dominikańskich w Pradze, Wrocławiu, Kamieniu Pomorskim czy Gdańsku, który spoczął w Krakowie. Stąd nasze późniejsze spotkanie na odpuście w Kamieniu Śląskim. Przez wiele kolejnych lat badał życiorys dominikanki Eufemii, księżniczki raciborskiej, w ramach jej procesu beatyfikacyjnego.

W obecnym czasie sporów o praworządność i niezależność sądów przypominam sobie jego częste, a w Poznaniu naturalne, porównanie zaboru pruskiego i rosyjskiego. Powszechnie wiadomo, że tylko w Prusach dzieci obejmował obowiązek szkolny, nie było pańszczyzny, wieś była dostatnia. Jednak tylko o. Jan zwracał uwagę, że źródło tego leżało w równości obywateli wobec prawa i władzy sędziowskiej. Mawiał często, że historia z wozem Drzymały w zaborze rosyjskim nigdy by się nie wydarzyła, bo jej bohater w ciągu jednej nocy znalazłby się w transporcie na Syberię. Znane powiedzenie „Dura lex, sed lex” interpretował w ten sposób, że surowe prawo pruskie było lepsze od rosyjskiego bezprawia.

Jego śmierć na progu roku to nie koniec, ale początek drogi, do której prowadził wielu ludzi.

Bernard Gaida

  • Dział: Blogi

Niemcy nad Wołgą

Kiedy dzisiaj mówimy o Niemcach w Rosji, najczęściej używamy pojęcia Russlanddeutsche, tymczasem z dzieciństwa pamiętam, że mężczyźni, którzy jako jeńcy przeżyli sowiecką niewolę na Syberii, mówili o Wolgadeutsche. Po dziesiątkach lat od tamtych wspomnień udało mi się odwiedzić ich historyczną stolicę nad Wołgą, czyli dzisiejsze miasto Marks.

Tablica na centralnym placu miasta informuje, że pierwsi niemieccy osadnicy przybyli tam na zaproszenie carycy Katarzyny 27.08.1766 roku. Powoli czynili sobie Powołże poddanym, a w tym właśnie miejscu założyli miasto o nazwie Katherinenstadt, w którym nieprzerwanie niemal do 1941 roku stanowili 97% mieszkańców. Z nazwy na skutek rewolucji 1917 roku musiało zniknąć imię Katarzyny, a zamiana na Marksa dało mu nazwę Marksstadt. Gdy tylko w czerwcu 1941 roku III Rzesza, realizując plan Barbarossa, zaatakowała ZSRR, już w sierpniu Stalin podjął decyzję o przesiedleniu wszystkich Niemców z tego rejonu w okolice Nowosybirska, Omska i Kazachstanu. Wraz z Niemcami z nazwy zniknęła część „Stadt”, od tej pory pozostał tylko „Marks”.

Jak Żydzi w Babilonie marzyli o Izraelu, tak Niemcy na Syberii śpiewali pieśni o Wołdze. Pierwsze możliwości przesiedlania się z zimnej Syberii pojawiły się w latach osiemdziesiątych, a powrotu nad Wołgę – wraz z pierestrojką u progu lat dziewięćdziesiątych. Potomkowie wypędzonych, kilkakrotnie zmieniając miejsce zamieszkania, powracali tam z nadzieją na odtworzenie Nadwołżańskiej Autonomicznej Republiki Niemców. W ciągu kilku lat liczba Niemców w Marksie wzrosła do kilkunastu procent, by po kilku kolejnych latach pełnych rozczarowania zaczęła znów spadać na skutek emigracji do Niemiec.

Pozostali na terenie dawnej autonomii stworzyli sieć organizacyjną i pracują nad zachowaniem historii tego kawałka niemieckości. Sponsorzy niemieckiego pochodzenia odbudowali i przywrócili funkcje kościoła ewangelickiego, w Brothafen upamiętnili pamięć Fridtjofa Nansena, ratującego głodujących w latach trzydziestych i kupili budynki na siedzibę mniejszości. Wydają publikacje, a muzeum z ich historią obchodziło właśnie 100 lat. To w nim znajdujemy i osiemnastowieczny manifest Katarzyny II zapraszający Niemców do Rosji i rozkaz ich wysiedlenia z 1941. Ale także dowody terroru rewolucyjnego, który kościół luterański zamienił w „dom kultury”, a pastora za próbę uchronienia wyposażenia liturgicznego rozstrzelał.

A jednak pięknie przygotowane otwarcie wystawy o mniejszościach niemieckich pokazało siłę ducha tych Niemców, których nic nie złamało i dziś w Marksie mieszkają.

Bernard Gaida

79930052 2827698717261271 1673097612439322624 n

  • Dział: Blogi
Subskrybuj to źródło RSS