Log in

Pielgrzymka Mniejszości Niemieckiej do Barda Śląskiego

Związek Niemieckich Stowarzyszeń Społeczno-Kulturalnych w Polsce zaprasza wszystkich chętnych do wzięcia udziału w pielgrzymce mniejszości niemieckiej do Barda Śląskiego, która odbędzie się już 12 lipca 2020 roku. Msza św. w języku niemieckim rozpocznie się o godz. 12.15, łącznie z transmisją na żywo. Znajdą ją Państwo po kliknięciu w link:

Tante Lilo

Śmierć nigdy nie przychodzi w porę. Poznałem Tante Lilo jako mieszkankę enerdowskiego Karl-Marx-Stadt. Prawdziwa Saksonka, była żoną najstarszego brata mojej mamy, Georga. Mogli się spotkać, ponieważ była wojna.

Mały Georg w małej wsi nieopodal Dobrodzienia był od urodzenia prawie całkowicie niewidomy. W wieku sześciu lat poszedł do szkoły wiejskiej, ale nauka w kolejnych klasach była coraz trudniejsza i dlatego nauczyciel znalazł dla niego ośrodek dla niewidomych we Wrocławiu. Georg rozpoczął więc naukę w stolicy prowincji. Rozstanie z wioską, rodziną i rodzeństwem było dla wszystkich trudne. Potem wybuchła wojna, ojciec musiał iść na front, matka pozostała sama z dziećmi. Coraz rzadziej dochodziło do wzajemnych wizyt.

Kiedy w styczniu 1945 r. zarządzono ewakuację, rodzina z Dobrodzienia uciekała w kolumnie z innymi w kierunku Czech. Szkoła we Wrocławiu była ewakuowana w stronę Saksonii. Brak kontaktu, brak możliwości wysłania listu. Szczególnie bolesne było to dla matki. Kiedy po wojnie rodzina powróciła na Śląsk, znajdujący się już pod polską administracją, brakowało Georga. Po powrocie musieli odzyskać zajęty w międzyczasie dom, a za pomocą służby poszukiwawczej Czerwonego Krzyża udało się znaleźć Georga w Chemnitz.

Mimo próśb matki nie chciał on jednak wracać na Śląsk. Był niewidomy, nie mówił po polsku, a w Chemnitz byli jego znajomi i przyjaciele ze szkoły. Pozostał więc i spotkał tam niepełnosprawną ruchowo Liselotte. Przez całe życie się wzajemnie wspierali i stworzyli wzorową rodzinę. Tante Lilo trudno było zrozumieć ze względu na jej saksoński dialekt, ale otwartość jej serca wszystko nadrobiła. Ferie letnie w Karl-Marx-Stadt, jak później przemianowano Chemnitz, były cudowne, a Tante Lilo  była jak matka. Podobnie było podczas ich pobytów na Śląsku. Wieczorami Onkel Georg grał na akordeonie, a Tante na harmonijce ustnej. Śpiew i śmiech pozostały mi w pamięci. Oboje niepełnosprawni, ale zawsze uśmiechnięci i życzliwi.

Od najmłodszych moich lat wujostwo mieszkający w NRD byli dla mnie symbolem niemieckości naszej rodziny. Onkel opowiadał wszak również dowcipy o Antku i Frantzku, ale tylko po niemiecku, ponieważ nie znał nawet gwary górnośląskiej. Także po śmierci śląskiego Onkla Tante była ogniwem łączącym pomiędzy nami na Śląsku a saksońską rodziną. W każde urodziny otrzymywałem telefon: w słuchawce najpierw słychać było melodię piosenki z życzeniami granej na harmonijce. Otoczona miłością dzieci i wnuków Tante ostatnie lata żyła w domu pomocy społecznej w Chemnitz. Dwa lata temu mogłem jeszcze obchodzić wraz z nią jej 90. urodziny, potem jeszcze kilkakrotnie ją odwiedzałem, otrzymując na drogę powrotną za każdym razem parę nowo dzierganych skarpet. Te ciepłe skarpety na zawsze będą mi przypominały serdeczną Tante Lilo.

Bernard Gaida

  • Dział: Blogi

Problemy z tolerancją

Jeśli komuś się wydawało, że panująca pandemia poszerzy przestrzeń tolerancji, to się wyraźnie pomylił. Zamieszki antyrasistowskie w USA, obalane pomniki w Wielkiej Brytanii i ostatnio w Niemczech, spory światopoglądowe w sprawie LGBT w Polsce. Wymieniać można jeszcze długo.

We wszystkich tych sporach widać zastępowanie dialogu dyktatem, i to często dyktatem z obydwu stron tych sporów. Tymczasem dialog by oznaczał, że każda ze stron usiłuje się porozumieć. Atmosfera dyktatu stron sporu przenosi się na ulice, i to nie tylko w postaci zamieszek i plądrowania sklepów w USA, ale także atmosfery na ulicach europejskich miast. Oczywiście w Polsce jest ona dodatkowo ubarwiona folklorem wyborczym. Nazywam to folklorem głównie dlatego, że w zakresie sporów światopoglądowych wszyscy odwołują się do emocji, a nie merytorycznych argumentów.

Paradoksalnie to dobrze, że zmaganie się z pandemią zmusza do zajmowania się konkretnymi rozwiązaniami i ich konsekwencjami. Nie pomaga próba jej emocjonalnego zagadania, gdyż operuje się liczbami. Być może nie są pewne, ciągle za mało wykonuje się testów, ale dają możliwość porównywania. A świadome wybory wymagają od wyborcy porównywania, które niestety w społeczeństwie tak rozpolitykowanym, ale jednocześnie tak mało upolitycznionym przysparza trudności.

Wszyscy o polityce namiętnie dyskutują, ale tak niewielu się w nią poważnie angażuje, że zarówno programy partyjne, jak i ich ewaluacja staje się pozorna. Aby ten proces ułatwić, już na wstępie tej kampanii opracowaliśmy katalog pytań do kandydatów na temat polityki mniejszościowej. Byłbym szczęśliwy, gdybym mógł napisać, że co najmniej większość z nich się do niego ustosunkowała, ale niestety tak nie jest. Na niecałe dwa tygodnie przed wyborami nadal tylko Szymon Hołownia na nie odpowiedział. A przecież wydawałoby się, że przywołana w tytule tolerancja nigdzie łatwiej się nie sprawdza i nigdzie prościej nie można swojej tolerancji pokazać niż w stosunku do mniejszości. Nie jest łatwo wyłącznie tym, dla których jest ona wiecowym i dobrze brzmiącym hasłem, ale przysparza problemów, gdy padają pytania o szkoły z niemieckim wykładowym, o tablice dwujęzyczne, o wsparcie dla kultury niemieckiej i tegoż dziedzictwa kulturowego. Nadal czekamy.

Bernard Gaida

  • Dział: Blogi

Kreacja rzeczywistości?

Leży przede mną raport Najwyższej Izby Kontroli na temat „Ochrony materialnego dziedzictwa kulturowego mniejszości narodowych”.  Przyznaję, że raport jeszcze nie przestudiowany dogłębnie. Jednak uderzyło mnie zdanie z jego streszczenia, że NIK ocenia, iż właściwe instytucje „działały skutecznie, a efekty tych działań przyczyniły się także do zachowania dziedzictwa kulturowego mniejszości narodowych”. Na usprawiedliwienie dopowiem, że NIK kontrolował lata 2016–2019.

Jeśli jednak to zdanie wziąć za opis rzeczywistości, to ma ono znamiona kreacji świata równoległego. Bo jednocześnie leży u mnie na biurku starannie wydane dzieło Hannibala Smoke’a „Niewidzialny Dolny Śląsk. Pałace, których już nie zobaczysz”. To właściwie epitafium dla 447 pałaców będących zabytkami niemieckiego dziedzictwa kulturowego na Śląsku. Ostatnie zdania tej książki brzmią: „Trudno uciec od przygnębiającej konstatacji, że ani wojna, ani Armia Czerwona nie były tak zgubne dla dolnośląskich rezydencji jak nasza powojenna rzeczywistość. (…) Przygniatającą większość zrównaliśmy z ziemią. Naturalnie należy pamiętać, że to nie my rozpętaliśmy największą z wojen (…). To jednak wytłumaczenie daleko niewystarczające, a w XXI wieku nawet nie okoliczność łagodząca. Zwłaszcza że radykalnej zmiany nie widać. Wspaniałe dziedzictwo materialne Dolnego Śląska wciąż znika”.

Całe moje życie nie potrafiłem zrozumieć polskiego obchodzenia się z zabytkami na Śląsku, Pomorzu czy w Prusach Wschodnich. Do 1989 roku można było zwalić to na podejście państwa totalitarnego, ale wiemy, że być może nawet więcej zabytków zniszczało po tym roku – na skutek karygodnego gospodarowania, nieracjonalnej wyprzedaży, rabunkowej polityki nowobogackich właścicieli. Brak uregulowania sprawy tego dziedzictwa w polsko-niemieckich stosunkach dwustronnych wydało na większość z nich wyrok śmierci. Raport NIK zapewnia, że zgodnie z prawodawstwem polskim zabytki „są objęte opieką bez względu na ich historyczne pochodzenie”, ale dodaje, że o ich ochronie co prawda decyduje „przede wszystkim wartość artystyczna, historyczna i naukowa”, ale także „ich znaczenie dla lokalnych społeczności”. Jak usprawiedliwienie brzmią więc stwierdzenia raportu, że po roku 1945 nastąpiła „zmiana narodowości” zabytków w północnej i zachodniej Polsce. A może właśnie ich los przypieczętowało to, że zabytki nie zmieniły narodowości i swą niemieckością kłuły w oczy. Szkody powstałe w wyniku decyzji o wymianie niemal całej ludności odbiły się więc też na losach zabytków.

Odpowiedzialności za ich stan nie można w dzisiejszej Polsce zbyć słowami raportu, że problem ochrony dziedzictwa nie związanego z historią lokalnej społeczności pozostaje aktualny nie tylko w Polsce, ale we wszystkich krajach dotkniętych pojałtańskimi zmianami terytorialnymi i ludnościowymi. Dlatego jeszcze długo nie może być zgody na kreację pozytywnej oceny działań rządu i samorządów w zakresie ochrony zabytków na byłych terenach niemieckich.

Bernard Gaida

  • Dział: Blogi

Niechaj nas będzie dużo

Jest drugi dzień Zielonych Świątek, od wczoraj kościoły są znów całkowicie otwarte, choć z nakazem noszenia masek i zachowania odstępu społecznego. W zeszłym tygodniu usłyszałem, że znany ostatnio Instytut Roberta Kocha prognozuje, że o pandemii koronawirusa będziemy mogli zapomnieć najwcześniej w 2023 roku. A w nadchodzącą niedzielę wyjątkowo w opolskiej katedrze bezpośrednio, a poprzez internet i TVP Opole pośrednio będziemy mogli uczestniczyć we mszy św. w intencji mniejszości narodowych i etnicznych.

Przyzwyczailiśmy się do nazywania tego czerwcowego wydarzenia pielgrzymką mniejszości narodowych i kojarzymy ją z Górą św. Anny. To tam przecież od lat w grocie lurdzkiej gromadzimy się tysiącami z całego Górnego Śląska. Jednak nie od zawsze. Dzięki kilku rozmowom przypomniałem sobie mój udział w pierwszej pielgrzymce, która odbyła się w innym sanktuarium św. Anny, w Oleśnie. Wtedy, w 1995 roku, przy niesprzyjającej pogodzie, pod namiotem modliliśmy się jako jeszcze młoda społeczność o przyszłość, którą ocenialiśmy entuzjastycznie, chociaż niepewnie. Nie pamiętam treści modlitwy wiernych czy kazania, które zapewne wygłosił ks. Wolfgang Globisch, główny celebrans. Jednak jestem przekonany, że wiele modlitw z tamtego czasu możemy powtórzyć w niedzielę. Bo choć od tamtego czasu wiele się zmieniło w skali kraju i poza nim, chociaż na Śląsku na wielu szyldach miejscowości pojawiły się nazwy niemieckie, do przestrzeni publicznej wróciły pomniki niemieckich poległych, upamiętnia się ofiary powojennego radzieckiego i polskiego terroru – to jednak żadna z tych zmian do dzisiaj nie jest w pełni akceptowana.

Nie powstała do dzisiaj systemowa oświata szkolna w języku ojców, a lepiej lub gorzej prowadzona nauka kilku lekcji języka niemieckiego ostatnio została przez MEN znacznie ograniczona. Nadal obok parafii, gdzie księża odprawiają msze św. po niemiecku, istnieją parafie, gdzie pomimo potrzeby trudno się jej doczekać. Nadal więc nie udało się przezwyciężyć balastu kulturowej dyskryminacji Niemców na Śląsku, którzy często zrezygnowani uciekają w ciasny regionalizm. Ślązacy, im bardziej kojarzeni są z niemieckością, tym częściej stają się obiektem hejtu, który usiłuje im po kilkudziesięciu latach od wypędzeń znów odmówić prawa do ojczyzny. Patrz casus Jemielnicy.

Jest za co po 25 latach dziękować, ale i powód, aby zanosić nadal modły o uznanie i szacunek dla siebie i własnej kultury. O siłę kulturową dla siebie, o właściwą politykę mniejszościową państwa i o nawrócenie dla nienawistników. Bądźmy w niedzielę o 9.00 razem i niechaj nas będzie dużo.

Bernard Gaida

  • Dział: Blogi

Czujemy się zranieni

Te słowa piszę w dniu, kiedy pomimo pandemii w całej Polsce usiłuje się jak najgodniej upamiętnić Jana Pawła II, który urodził się dokładnie przed stu laty. A chcąc odnieść się do hejtu przeciw Ślązakom, który rozlał się w internecie i niemal równocześnie dotknął obydwa województwa górnośląskie, można by garściami cytować owego wyjątkowego papieża z jego orędzia pt. „Poszanowanie mniejszości warunkiem pokoju”.

W jednej części naszego regionu przyczyną stali się górnicy, pośród których pojawiło się więcej niż średnio przypadków zarażenia koronawirusem, w drugim z województw hejt dotknął mniejszości niemieckiej, której radna w Jemielnicy złożyła wniosek o dodatkowe szyldy na obiektach gminnych w języku niemieckim. Jedni i drudzy są Ślązakami (przynajmniej w powszechnej opinii), więc duża część wylanej nienawiści koncentruje się na narodowo-etnicznej strunie. Zapewne spora ich część wychodzi spod palców tak zwanego pokolenia JPII, zalecam im więc lekturę papieskiego orędzia.

Dziś chciałbym się jednak odwołać do Hegla, który uważał, że kołem napędowym historii ludzkości była zawsze walka o uznanie. Jednak nigdy nie wystarczało uznanie gołosłowne. Ono musi stać się konkretnym uznaniem prawa do ojczyzny, języka, równości i godnego traktowania. Jeśli wniosek Ślązaczki na Śląsku o prawo do języka niemieckiego obok polskiego na ścianie urzędu w jej gminie wywołuje hasła typu: „jeśli im się nie podoba polski język to wypad do Merkel, nikt ich tu nie potrzebuje”, a reakcją na zachorowania pośród śląskich górników jest hasło: „nic się nie stanie jak ich będzie mniej” lub „nareszcie wyginie opcja niemiecka”, to oznacza, że z akceptacją równej godności jest niedobrze. Trzeba uczciwie dodać, że większość polityków deklaruje odcięcie się od takiego nieobywatelskiego traktowania Ślązaków, ale mam nieodparte wrażenie, że jedni czynią to z lęku przed górnikami, drudzy – bo tego wymaga kampania wyborcza. Jeszcze inni milczą.

Zaatakowany nie czuję niebezpieczeństwa ekonomicznego czy prawnego, a jednak czujemy się głęboko zranieni. Nic bowiem bardziej nie boli niż podeptana godność, tożsamość skazywana na niebyt, zakwestionowanie prawa do Heimatu. Dlatego wspólnota musi się konsolidować wokół tych wartości, pamiętając myśl Hegla. A wszystkim, którzy się z tym nie zgadzają, zacytuję Francisa Fukuyamę: „Nie uciekniemy od myślenia o sobie i naszym społeczeństwie w kategoriach tożsamościowych. (…) Tożsamości można użyć do dzielenia, ale też, jak niegdyś, do integrowania. To w ostatecznym rachunku będzie lekarstwo na populizm naszych czasów”.

Bernard Gaida

  • Dział: Blogi

Radosne i tragiczne rocznice

Początek maja jak co roku obfituje w rocznice. Ich nawał jest tak wielki, że niektórzy się w nich wręcz gubią. O jednych zapomnieli, z innymi przesadzili, a jeszcze innych przynajmniej nie przemyśleli. Połączmy tylko dwie z nich.

Wielu zapomniało o 1 maja jako kolejnej rocznicy rozszerzenia UE, którego jednym z beneficjentów stał się Śląsk. 16 lat temu wszystkie części Śląska wraz z krajami, pomiędzy które został podzielony, znalazły się w jednej wspólnocie. Granice państwowe nie zniknęły, ale w strefie Schengen zniknęła ich opresyjność. Tego dnia warto się było wsłuchać w dwa cytaty z Deklaracji Schumana, który powstanie Wspólnoty Węgla i Stali uznał za pierwszy etap powstawania Federacji Europejskiej. Ta droga trwa już długo, a jej sens się potwierdził. Schuman mówił: „nie było Europy, mieliśmy wojnę”. Sprawdziło się, że samo budowanie wspólnoty dało już kilkadziesiąt lat pokoju.

Warto hamulcowym procesu integracji i piewcom wyższości ciasnego interesu narodowego nad wspólnotowym o tym przypominać. Ale krytykom przypominać też o tym, że „Europa nie powstanie od razu ani w całości”. Powstawanie Europy jest przezwyciężaniem wielu podziałów, takich jak ten na Śląsku z 1921 roku. One zawsze były zawinione. Gdy jeszcze niektórzy nadal bezrefleksyjnie czczą bohaterów rzekomego „zrywu ludu śląskiego”, powinni to już weryfikować współczesnymi pracami polskich historyków, którzy odważnie głoszą już tezę, że spojrzenie na powstania, a zwłaszcza na III powstanie powinno ulec zmianie. Prof. Kaczmarek nazywa je nieznaną „wojną polsko-niemiecką”, a teza, że to raczej polskie powstanie na Śląsku niż powstanie śląskie, nie jest mu obca. Elity powstańcze ze Śląska od dawna potajemnie otrzymywały żołd z Polski. Obok akcji dyplomatycznej była to ogromna akcja polskiego wywiadu wojskowego, której efektem był przerzut na Śląsk polskich sił zbrojnych (wbrew międzynarodowym regulacjom), uzbrojenia, sił dowódczych, a wszystko to zakamuflowane bratobójczym udziałem samych Ślązaków.

Miałem swój udział w tym, że w czasie swego pobytu na Górze św. Anny prezydent Komorowski oddał cześć także niemieckim Ślązakom, którzy bronili tej góry i Śląska, uznając ich prawo do obrony i do marzenia, by pozostała w Niemczech. Dlatego dziś z perspektywy jednoczącej się Europy nie można po staremu czcić pamięci walk o Śląsk sprzed stu lat. Na Annabergu obecny pomnik stoi na miejscu wysadzonego po wojnie mauzoleum na cześć niemieckich obrońców tej góry. Oby kiedyś z tych dwóch pomników powstał jeden, upamiętniający wszystkich poległych, których politycy dążący do zmiany granic (wbrew wynikowi plebiscytu) popchnęli do walki, siedząc spokojnie w gabinetach w Warszawie, Poznaniu, Paryżu i Bóg jeden wie, gdzie jeszcze.

Bernard Gaida

 

  • Dział: Blogi

Kraj po 10 maja

Od kilku tygodni staram się usilnie unikać tematów politycznych, ale nie do końca można. Niedawno pisałem, że polskie wiadomości, które zawsze miały skłonności do zaściankowości i niedostrzegania problemów globalnych, w obliczu pandemii stały się całkowicie egoistyczne. Nagle przestały dostrzegać tragedię głodu na świecie, uchodźców w Grecji czy konfliktu na Ukrainie. Jednak w ostatnim czasie nawet pandemia straciła na znaczeniu, a ma się wrażenie, że świat cały kręci się wobec wyborów prezydenta w Polsce. Ale niestety w swej powszechności tak w mediach, jak i pośród ludzi akcent postawiony jest na epidemiologiczne zagrożenia przeprowadzenia tych wyborów. W ten sposób traci ta dyskusja znamiona racjonalności.

Oczywiście, że pandemia i niebezpieczeństwo zarażenia w trakcie wyborów jest niezmiernie istotne. Jednak paradoksalnie dla istoty wyborów w demokratycznym państwie tematem drugorzędnym jest, jak długo wirus przeżyje na kartce papieru, gdyż można zapewne zachować na tyle higieny, by nikomu nic nie groziło. O wiele ważniejszy jest fakt, że pandemia w ostatnich tygodniach sprawiła, że nie było możliwe spełnienie najważniejszego warunku demokratycznego wyboru, czyli informacji i możliwości zapoznania się z programami kandydatów.

Wybory powinny być powszechne, tajne, bezpośrednie i równe. Manipulowanie prawem wyborczym, sposobem ich przeprowadzenia, pozbawienie roli niezależnej PKW zagraża ich powszechności, tajności, bezpośredniości, ale nawet gdyby tak nie było, to zasady równości kandydatów już nie da się naprawić. Możliwość prowadzenia kampanii przez urzędującego prezydenta przy jednoczesnym ograniczeniu tej możliwości pozostałym kandydatom doprowadziło do sytuacji, że wiedza obywateli na temat kandydatów ograniczona jest do kilku z nich. Pytani o liczbę kandydatów wszyscy mówią o pięciu lub sześciu kandydatach, a tymczasem kandydatów jest ostatecznie dziesięciu.

Czy mniej znana część tej dziesiątki ma jakąkolwiek szansę, by w sytuacji zakazu zgromadzeń, utrudnień w podróżowaniu, braku dostępności do mediów centralnych móc dotrzeć do świadomości wyborców? Czy sprowadzenie kampanii wyborczej do sporu czy, jak i kiedy przeprowadzić wybory, pozwala zapoznać się z programami kandydatów? Czy ta sytuacja motywowała kandydatów do wysiłku stworzenia programu? Na te pytania trzeba uczciwie dać odpowiedź negatywną. A to oznacza, że jako wyborca pozbawiony jestem możliwości racjonalnej analizy, a więc świadomego wyboru, co podważa sens ich przeprowadzenia czy też udziału w nich. Czym więc będą, jeśli się odbędą? I czym będzie kraj, w którym prezydentem będzie ktoś wybrany w ten sposób?

Bernard Gaida

  • Dział: Blogi
Subskrybuj to źródło RSS