Log in
Bernard Gaida

Bernard Gaida

Email: Ten adres pocztowy jest chroniony przed spamowaniem. Aby go zobaczyć, konieczne jest włączenie w przeglądarce obsługi JavaScript. URL strony:

Miejsce spotkania?

Rok 2019 jest pełen rocznic. Zarówno tych pozytywnych, jak np. Mszy Pojednania w Krzyżowej czy upadku muru berlińskiego, jak i tych trudnych, jak rocznica powstań śląskich. Swoim ciężarem gatunkowym wszystko przebija oczywiście 80. rocznica wybuchu II wojny światowej. Z uwagą obserwuję dyskusję w Niemczech z tej okazji i inicjatywy dotyczące sposobu upamiętnienia w Berlinie polskich ofiar wojny i okupacji.

Przybywa inicjatyw. Najpierw była wyłącznie idea pomnika w centrum Berlina, wobec której krytycy nie bez racji zwrócili uwagę, że mnożenie pomników odbiera im znaczenie. Stają się elementami krajobrazu mijanymi bezrefleksyjnie przez przechodniów. A wtedy pomnik jako znak, który o czymś uczy czy coś przypomina, mija się z celem. Nie chcę szczegółowo wymieniać kolejnych inicjatyw, ale ostatnia z nich wymaga skomentowania, gdyż podpisana została przez posłów do Bundestagu: Alexandra Müllera (FDP), Dietmara Nietana (SPD), Thomasa Norda (Die Linke), Manuela Sarrazina (Die Grünen), Paula Ziemiaka (CDU), z pięciu różnych partii politycznych. We wspólnym liście „Potrzeba utworzenia w Berlinie prominentnego miejsca spotkań Niemców i Polaków” wnioskują oni, by zamiast pomnika powstało miejsce spotkania poświęcone polskim ofiarom wojny i okupacji, które powinno służyć pamięci, ale także porozumieniu oraz usuwaniu wzajemnych uprzedzeń i pogłębieniu dobrych relacji i przyjaźni.

W liście jest też wymieniona mniejszość niemiecka jako część społeczeństwa obywatelskiego, które stale daje impulsy do pojednania i porozumienia. I choć uspokajająco brzmi zdanie, że w pielęgnowaniu pamięci z szacunkiem podchodzić trzeba do odrębności naszego losu, to jednak niepokoi fakt, że to miejsce pamięci zdaniem autorów ma być zupełnie jednostronne, a upamiętnienie zamknięte rokiem 1945. Niepokoi także to, że autorzy, mówiąc o przezwyciężaniu stereotypów, już w swym liście im ulegają, pisząc, że „polsko-niemiecka historia była przez stulecia dominowana chęcią zwalczania, dominowania, ujarzmiania, a nawet zgładzenia Polaków przez Niemców”. To rozpowszechniana w Polsce teza, która jednak w rzetelnym wykładzie historii nie znajduje pokrycia.

Kończąc, stwierdzę, że mniejszość niemiecka od lat wzywa do tworzenia miejsc spotkania Polaków i Niemców wokół wspólnej historii, ale pełnej i nie wykluczającej, w której bez relatywizowania historii znajdzie się miejsce także na niemieckie ofiary powojennego terroru i dyskryminacji. Pamięci o ofiarach wojny na terenie dzisiejszej Polski nie można zamykać datą jej formalnego zakończenia.

Bernard Gaida

  • Dział: Blogi

Rok Powstań Śląskich

Na początku maja najprawdopodobniej rozpoczną się upamiętnienia powstań śląskich. W tym roku zapewne będzie to miało szerszy charakter, gdyż Sejm RP ogłosił obecny rok Rokiem Powstań Śląskich. Dlatego i tu, na Śląsku, i gdzie indziej warto zacząć się zastanawiać nad wydarzeniami sprzed 100 lat. Istotny wkład do takiej refleksji dał Sejmik Województwa Opolskiego, który w rezolucji na tę okazję wezwał do objęcia pamięcią wszystkich poległych w powstaniach oraz wyraźnie wskazał na bratobójczy charakter tych walk. Z naukowego punktu widzenia do głosowania nad tą rezolucją wprowadzał prof. Ryszard Kaczmarek z Uniwersytetu Śląskiego, który całkiem niedawno wydał też obszerne dzieło pt. „Powstania śląskie 1919–1920–1921”.

Na temat powstań napisano wiele, ale nie wszystko warto czytać. Wiele opracowań, a zwłaszcza podręczników szkolnych ślepo bazuje na dogmatycznym podejściu do powstań jako „zrywu ludu śląskiego, by zrzucić jarzmo niemieckie”. I pomija wszystko, co temu dogmatowi przeczy. A przecież znając sytuację polityczną sprzed 100 lat, trzeba zadać podstawowe pytanie: dlaczego wybuchają powstania, skoro od czerwca 1919 roku, czyli zawarcia traktatu wersalskiego, panowała oficjalna zgoda, że o losie Górnego Śląska, Warmii, Mazur i Powiśla zadecydują mieszkańcy w plebiscytach. Nie możemy też zapominać, że w tychże plebiscytach mieszkańcy przy frekwencji, o jakiej dzisiaj można tylko pomarzyć, czyli 98%, zadecydowali o tym losie, głosując w większości za pozostaniem w granicach Niemiec.

Kto wnikliwie analizuje historię poznaną w szkole, w domu, a czasem w trakcie spaceru po cmentarzach, musi sobie zadawać pytanie, dlaczego na cmentarzu annogórskim jest mogiła poległych w czasie powstania kadetów lwowskich, dlaczego zwłoki powstańców poległych w okolicach Dobrodzienia pewien gospodarz z Dobrodzienia furmanką odwoził do Częstochowy. Ryszard Kaczmarek nie ustrzegł się do końca pewnych stereotypowych sformułowań, ale podjął w swej książce wysiłek popularyzacji wiedzy o wpływie konspiracyjnym odrodzonego państwa polskiego na powstanie struktur wojskowych na Śląsku, uzbrojenie, finansowanie, a nawet na kształt korpusu dowódczego powstań. Sam pisze we wstępie, że w dotychczasowych opracowaniach „pomijano milczeniem działalność Polskiej Organizacji Wojskowej Górnego Śląska i kontakty tej organizacji z Wojskiem Polskim oraz oficerami z otoczenia Józefa Piłsudskiego”. Jestem pewien, że najbliższy czas będzie okazją do pogłębiania naszej wiedzy – oby bez mitologii i w duchu pojednania.

Bernard Gaida

  • Dział: Blogi

„Wiesenstein“ w roku 1945

Są momenty w życiu, kiedy ma się przymusowo więcej czasu na czytanie. Jedną z książek, które już od dłuższego czasu czekają na moim biurku, jest powieść Hansa Pleschinskiego pt. „Wiesenstein”. Jest to powieść o ostatnich miesiącach przebywania Gerharta Hauptmanna na Śląsku, którego nie opuścił mimo wkroczenia Armii Czerwonej i późniejszego przejęcia administracji przez Polskę.

Pisarz rozpoczyna swoje opowiadanie w okolicach miasta Pirna, gdzie małżeństwo Hauptmannów po przeżytych bombardowaniach Drezna próbuje dojść do siebie, aby móc potem wrócić do domu, do Jagniątkowa koło Jeleniej Góry. Podróż starego noblisty ostatnimi jadącymi na wschód pociągami, w kierunku przeciwnym niż uciekający, chcący szukać schronienia za Zachodzie, jest opisem zderzenia rzeczywistości i przemyśleń poety, który zawsze wierzył w świat wartości. Kiedy wreszcie dociera do swojej willi Wiesenstein, leżącej poza miastem, daleko od głównych dróg, ponad doliną, staje się ona na kolejne miesiące enklawą dla Hauptmanna i jego pracowników. Coraz bardziej odgrodzony od świata zasięga on informacji tylko dzięki audycjom radiowym z Wrocławia i Berlina, tak długo, jak emitowany był program w języku niemieckim.

Przeżywa się wszelkie dysonanse pomiędzy państwową propagandą i opowiadaniami Górnoślązaków, którzy uciekając, dostali się również do Jagniątkowa. Odczuwa się nadchodzącą klęskę i jej koszty, choć początkowo wydaje się to jeszcze mało realne: „Z Alzacji i Górnego Śląska Rzesza mogła tak samo zrezygnować, jakby zabrakło bitej śmietany na niedzielnym cieście”. Z czasem Hauptmann myśli coraz częściej, co mógł zrobić przeciwko zbrodniom nazistów, czy nie był za cichy, czy nie był za blisko funkcjonariuszy nazistowskich. Swoją postawę porównuje do Thomasa Manna, ale cały czas jest pewien, że poprzez obecność jego dzieł, sztuk teatralnych w niemieckiej kulturze wspierał on humanitarność w Rzeszy.

Utrata Śląska jest dla Hauptmanna niewyobrażalna, bo dla niego nie jest to jedynie jedność geograficzna, ale w szczególności kulturowa. Dopiero słowa dra Stanisława Lorenza: „Tak naprawdę nie chcemy tutaj ani żywych, ani zmarłych Niemców. A już na pewno nie znanych. Jesteśmy w Polsce” – są dla Hauptmanna punktem zwrotnym. Choć pisarz protestuje: „Jesteśmy na Śląsku. Mój heimat. Co robicie z jego mieszkańcami?”. Potem następuje jednak krótka, tragiczna odpowiedź: „Ewakuujemy ich. (...) Im wcześniej nastąpi zabieg, tym lepiej”. Zajmująca powieść, ale też prawdziwa historia.

  • Dział: Blogi

Ważne tradycje

Miałem szczęście poznać ks. Józefa Tischnera wtedy, gdy żył, zarówno z tego, co pisał, jak i z tego, jak to głosił. Jako autor książki „Etyka solidarności” współtworzył kształt idei Solidarności lat osiemdziesiątych, a właściwie jej filozoficznej i duchowej kondycji. Jako duszpasterz głosił rekolekcje, których mogłem wysłuchać u poznańskich dominikanów. Tam też pokazał humor, który wydał mi się tak bardzo „śląski” w umiejętności autoironii i nobilitacji prowincjonalności. Kilka zasłyszanych od niego wtedy kawałów opowiadam do dzisiaj. A jednocześnie jawił się jako konsekwentny filozof nie mający żadnego problemu godzenia żelaznej logiki z głęboką wiarą. Dlatego dobrze, że szyldem Dni Tischnerowskich w Opolu stał się wykład kosmologa ks. prof. Michała Hellera ze znamiennym tytułem „Jak usprawiedliwić historię wszechświata”. Może jeszcze lepiej, gdyby tytuł wykładu brzmiał jak podtytuł jednej z jego książek, czyli „Jak pogodzić wiarę w stworzenie świata przez Boga z wiedzą naukową”.

Rozważając ten wykład w Niedzielę Palmową, bardzo łatwo przychodzi mi refleksja, że zarówno wiara w Boga, jak i naukowe spojrzenie na początki wszechświata stawiają nas przed misterium, które każdy w innym stopniu jest w stanie pojąć, ale nikt w doskonałej pełni. To pojmowanie ułatwiają porównania, symbole i obrazy. U progu Wielkiego Tygodnia zdajemy sobie sprawę z tego, że wchodzimy w okres Misterium Zbawienia, które dokonuje się w akcie pokonania śmierci, a właściwie jest swoistą lekcją o różnych wymiarach życia. W Wielkim Tygodniu liturgia każdego wyznania chrześcijańskiego prowadzi wiernych przez pełne symboli Triduum Paschalne, ale jak w wykładzie Hellera – także przez wiele symboli i znaków, jakie tradycja stworzyła, by ułatwić zrozumienie i związać sens wiary z codziennym życiem.

Dlatego pozaliturgiczne i tradycyjne formy pobożności zasługują na szacunek i pełną zrozumienia pielęgnację. Mądrość naszych przodków dała nam kulturę, którą przesyciła treścią budującą tożsamość człowieka świadomego swej wiary i swego pochodzenia. Czasem są to tradycje wyłącznie śląskie czy mazurskie, czasem tylko regionalne czy nawet rodzinne. Ale nie rezygnujmy z nich i przywiązujmy swe dzieci do nich. Dla mnie najgłębszym, a zanikającym w okolicach Dobrodzienia zwyczajem pozostanie zatykanie w ziemię o świcie w Wielki Piątek krzyżyków wykonanych z poświęconych palm, by przez ofiarę Zbawiciela zyskać błogosławieństwo dla rodzącego się życia, ale także efektów naszej pracy. Ale wesoły śmigus czy szukanie zajączka też mi będą towarzyszyć. Na święta Zmartwychwstania Pańskiego życzę spokoju i głębokiej refleksji nad naszą drogą, jej celem i ożywienia wiary w Zbawiciela.

Bernard Gaida

  • Dział: Blogi
Subskrybuj to źródło RSS