Dodano: 15 marzec 2017, 10:23

„Nie pozwólmy, by nam skradziono nadzieję…”

Właśnie mijają cztery lata od wyboru na Stolicę Piotrową Papieża Franciszka. Przyzwyczailiśmy się do tego, że Franciszek zaskakuje tak bardzo, że niektórych już to przestało zaskakiwać. Ograniczamy się do medialnych fragmentów, które przytaczają najczęściej ci, którzy Kościołowi nie najlepiej życzą i sami nie są z nim związani. Gorzej, kiedy media czy ludzie Kościoła wdają się także we fragmentaryczne utarczki na temat jego nauczania, a zwłaszcza, jeśli wyciągają z niego tylko to, co pozostaje w ich mniemaniu zgodne z „prawdziwym” nauczaniem Kościoła, a krytykują lub pomijają to, czego nie chcą zrozumieć.

Kiedyś pewien zakonnik na moją uwagę, że w kazaniu prawdopodobnie popełnił błąd dogmatyczny, odparł żartem, że normalnemu kapłanowi wolno popełnić najwyżej trzy takie błędy w kazaniu, ale biskupowi już tylko jeden.  Pozostając w tym duchu można by zapytać, ile może ich popełnić papież. I wydaje się, że Franciszek na tyle inaczej stawia akcenty, że aby nie tracić głębi nauczania, pozwala na wieloznaczności, stawianie indywidualnej relacji osoby z Bogiem przed dyktaturą wszelakich definicji. Ale jednocześnie śledząc jego nauczanie nie według relacji z konferencji prasowych czy  plotek watykańskich, ale z kazań, encyklik i innych dokumentów widać głęboką troskę o poprawność przekazu wiary, ale o taką poprawność, która jest skuteczna by nawracać. 

Pontyfikat zaczął od encykliki „Lumen Fidei” („Światło wiary”), która ukazała się trzy miesiące po wyborze i stąd uchodzi za dzieło jeszcze przygotowane przez Benedykta XIII, ale zarazem zapewne silnie już naznaczone Franciszkiem. Tam od teologii prowadzi nas do tak bardzo ludzkich słów:

 „W jedności z wiarą i miłością, nadzieja kieruje nas ku pewnej przyszłości, która wpisuje się w perspektywę inną niż iluzoryczne propozycje bożków tego świata, a która daje nam nowy zapał i nową siłę do codziennego życia. Nie pozwólmy, by nam skradziono nadzieję…” 

W 2015 roku bullą „Misericordiae Vultus” otworzył nie tylko Rok Miłosierdzia, ale także „spór” o sposób jego pojmowania, pisząc:  „na ogrom grzechu Bóg odpowiada pełnią przebaczenia”.  Wielki rozziew pojawił się właśnie w tym roku pomiędzy jego słowami:  „O jakże pragnę, aby nadchodzące lata były naznaczone miłosierdziem tak, byśmy wyszli na spotkanie każdej osoby niosąc dobroć i czułość Boga!” a deklaracjami wielu, także polskich, nominalnie katolickich polityków odrzucających solidarną pomoc w kryzysie migracyjnym. Wszystkim przypomniał, że „pod wieczór życia będą cię sądzić z miłości”.

Autor: Bernard Gaida

Dodaj komentarz